środa, 31 grudnia 2014

Podsumowanie roku 2014

 


No i nastała ta chwila. Kolejny rok się kończy, zostawiając nas o rok starszych, ale czy mądrzejszych? Miejmy nadzieję, że tak. Dla mnie ten rok, pod względem czytelniczym, był niezwykle udany. Blog to cudowna motywacja do czytania, dlatego cieszę się, że prowadzę go już 14 miesięcy. I nie zamierzam przestawać. Oczywiście, będą  przerwy w jego działaniu, zwłaszcza, że w czerwcu zamierzam bronic magisterkę, a później będzie czekało mnie szukanie pracy... ale zostawmy te przykre sprawy na przyszły rok! 

Chciałam Wam życzyć wszystkiego najlepszego w nadchodzącym roku, oby był lepszy, niż każdy poprzedni. Życzę Wam spełnienia najskrytszych marzeń i osiągnięcia każdego celu, do jakiego dążycie!

Krótkie podsumowanie roku:
Przeczytanych stron: 21021
Obserwatorów: 139, z czego w tym roku przybyło 108 (!) :)
Książka, która najbardziej zapadła mi w pamięć: Kochany Jim, Rebeka
Najgorsza książka roku: Wyspa Motyli

poniedziałek, 29 grudnia 2014

Marcin Mortka - Druga Burza

Tytuł: Druga Burza
Autor: Marcin Mortka
Wydawnictwo: Fabryka Słów, 2012
Strony: 336

To, że jestem beznadziejnie, po uszy zakochana w twórczości pana Mortki nie jest żadną tajemnicą. Ba, nawet chwalę się tym wszem i wobec. Kiedy przeczytałam Martwe Jezioro czułam spory niedosyt, dlatego też czym prędzej zakupiłam kolejny tom serii. Niestety, z czasem bywało różnie, dlatego miałam kilkumiesięczna przerwę pomiędzy tymi książkami i przez to niewiele pamiętam z pierwszej części. Czy przeszkodziło mi to w czytaniu? Nie... no, może trochę. Dlatego polecam czytać oba tomy jeden po drugim. Ale od początku.

Buntownik Mads Voortem i jego straceńcy po raz kolejny ruszają do walki. Stawką jest wolność lub... śmierć w boju.
Przeciwko nim zastępny zbrojnych, złowroga magia, smoczy pomiot a przede wszystkim zwykłe ludzkie cwaniactwo. Bo nie ma takiej wojny, na której ktoś nie chciałby zrobić interesu.
Budza ma jednak sprzymierzeńców - elfy i krasnoludy, które podobno wyginęły dawno temu, smocze szczenię oraz Strażniczkę, która władzę stawia niżej niż matczyną miłość.
Burza ma też swoje Ostrze - Madsa. Świetnego wojownika, błyskotliwego dowódcę, szaleńca i desperata.
BURZY NIC NIE ZATRZYMA!
Opis z okładki

Druga Burza znów przeniosła mnie do świata, w którym mieszkańcy zostali przeklęci przez Smoczycę. Każdy trwał w nadziei na Uwolnienie od swego fatum, na co jednak nie mógł liczyć. Smoczyca bowiem nie żyła. Mads, który ciągle żył nadzieją, na coś, czego zdradzić nie mogę, postanowił wypowiedzieć wojnę jej armii. Wierzył, że uda przełamać mu się przekleństwa i... jeśli chcecie wiedzieć co, to przeczytajcie! Typowo dla pana Mortki mamy tutaj ciągłą akcję. Nie ma miejsca na przestój, cały czas coś się dzieje, przez co podczas czytania nie mamy chwili na zaczerpnięcie tchu. Czasami niestety ciężko było się w tym wszystkim odnaleźć, gdyż tło powieści zmieniało się jak w kalejdoskopie.

Myślę, że ta część jest znacznie lepsza pod względem technicznym. Opisy walk są bardzo obrazowe, postaci też są o bardziej charakterystycznie. Niestety, w Drugiej Burzy nie polubiłam postaci protagonisty. Uważam to za plus, gdyż okazuje się, że nie jest to idealny człowiek, mający same zalety, a wręcz przeciwnie. Nic nie drażni mnie bardziej, niż bohater, który nie ma żadnej rysy na swojej kryształowej duszy. Fajnym zabiegiem, który wykorzystał w swej powieści pan Mortka, były wspomnienia głównego bohatera. Dzięki temu poznajemy wydarzenia, które działy się przed pierwszą częścią powieści i pozwalają na wyjaśnienie pewnych kwestii.

Minusy? A i owszem. Jest taki jeden, wielki minus. Mianowicie zakończenie. Wyglądało, jakby zostało urwane w połowie. Jakby pan Mortka uznał, że nie chce mu się już pisać i kończy książkę w takim stanie, w jakim to zostawił. Na szczęście (!) dowiedziałam się, że będzie następna część tej powieści, dlatego wybaczam to autorowi. Czasami też nie potrafiłam się wczuć w akcję, jednak to zwalam na karby zbyt małej ilości czasu na czytanie.

wtorek, 23 grudnia 2014

Stos półroczny

To, że nie było mnie tyle czasu, nie oznacza, że nie kolekcjonowałam książek. Wręcz przeciwnie! Nadal kupuję mnóstwo lektur, których nie mam czasu czytać, ale co tam! Jestem nałogowym książkoholikiem i się tego nie wstydzę.
 
1. Marcin Mortka, Druga Burza
3. Eleonora Ratkiewicz, Lare i t'ae
4. Robert V. S. Redick, Szczury i Morze Rozległe








12. Joanna Chmielewska, Lesio



A na sam koniec postanowiłam pochwalić się moją nową zakładką. Jest tak urocza, że potrafię zamiast czytać książkę, wpatrywać się w nią. :D





poniedziałek, 15 grudnia 2014

Marsjanin - Andy Weir

Tytuł: Marsjanin
Autor:
384


Co by było, gdybyście utknęli na bezludnej wyspie? Myślicie, że dalibyście sobie radę? Ja zapewne nie, znając moją zdolność do wpadania w panikę i czarną rozpacz. A co, jeśli to nie byłaby wyspa na morzu barwy lazuru, pełna przyjemnego zapachu i smacznych owoców, tylko obca planeta? Sami pośrodku niczego, sami z nadzieją na ratunek, który może nigdy nie nadejść. Mnie na samą myśl przechodzą dreszcze. Coś takiego jednak przydarzyło się głównemu bohaterowi książki Andy'ego Weira pt. Marsjanin

Burza piaskowa zmusza załogę marsjańskiej ekspedycji do opuszczenia planety w pośpiechu. Wylatują wszyscy, prócz Marka Watneya. Mężczyzna został ciężko ranny, nic więc dziwnego, że załoga pomyślała, że ten nie żyje. Kiedy odzyskuje przytomność, czeka go nie lada niespodzianka. Został całkiem sam, bez nadziei na ratunek, któż ma bowiem wiedzieć, że jednak żyje? Rozpoczyna się heroiczna walka o przetrwanie...

To, czy książka nam się podoba, czy nie w dużej mierze zależy od naszych oczekiwań. Po książce sci-fi można spodziewać się wiele, ale chyba nie często tego, że można się przy niej pośmiać! To właśnie ujęło mnie najbardziej - pomimo sytuacji w której znalazł się mężczyzna, nie tracił swojego poczucia humoru, lekko sarkastycznego, ironicznego, ale jednak ciepłego. Nie stracił pogody ducha, nie załamał się, ale walczył o każdą minutę życia. Ponadto nie użalał się nad sobą (jak to zapewne ja bym robiła), tylko działał! Nie ma tutaj wewnętrznych rozterek bohatera. To jest właśnie fajne, bo  mamy w literaturze wystarczającą ilość marudzących bohaterów. 

Historię poznajemy z dziennika głównego bohatera, w którym opisuje swoje codzienne życie na obcej planecie. W pewnych momentach przeskakujemy do siedziby NASA oraz do pojazdu kosmicznego członków ekspedycji, w której brał też udział Mark. Co do stylu powieści, przyznam się szczerze, że były momenty, w których moja chęć na dalsze czytanie zwalniała, by po kilku kolejnych stronach autor sprawił, że mój apetyt rósł. Było wiele naukowych zwrotów, wiele tłumaczenia zjawisk fizycznych, jednak nie zrażajcie się do tego, gdyż nie utrudnia to w żaden sposób czytania. Fakt jest jednak taki, że to jedna z nielicznych książek, która nie działała na moją wyobraźnię, co niestety jest dla mnie sporym minusem.

Niestety, nie wiem, co mogłabym więcej napisać na temat tej powieści. Myślę, że jest to książka, którą należy poznać, aby wyrobić sobie o niej własne zdanie. A przyznaję z ręką na sercu, że jest tego warta. Nie chcę też zdradzać za wiele z fabuły. Wystarczy Wam to, że Mark jest urodzonym wojownikiem.


Za możliwość przeczytania książki dziękuję Bussines&Culture oraz wydawnictwu AKURAT

sobota, 1 listopada 2014

Małe ogłoszenie

Ostatnio zaniedbałam bloga. Nie jest to spowodowane moim lenistwem, a jedynie zderzeniem z uczelnianą rzeczywistością. Przede mną pisanie pracy magisterskiej i głównie na tym muszę się teraz skupić. Nie wiem, jak długo potrwa ten stan. Myślałam, że będę w stanie wszystko pogodzić, jednak nie potrafię skupić się na swojej pasji, gdy milion innych rzeczy krąży gdzieś po orbicie mojego umysłu, w związku z tym muszę na jakiś czas zawiesić bloga. Nie, nie porzucam go na zawsze, prędzej, czy później wrócę, gdyż nie potrafiłabym już żyć bez blogosfery. Na razie jednak odstawiam moje małe miejsce w internecie w kąt. 
Do zobaczenia, moi drodzy! :)


poniedziałek, 27 października 2014

Corina Bomann - Wyspa Motyli


Tytuł: Wyspa Motyli
Autor: Corina Bomann
Wydawnictwo: Otwarte, 2013
Przekład: Paulina Filippi-Lechowska
Strony: 464

Wielokrotnie powtarzałam, ze nie lubię odkładać niedoczytanych książek. Zawsze wtedy mam dziwne uczucie pustki, w końcu nie po to zaczynam czytać, aby ot tak porzucić opowieść w połowie. Czasami jednak po prostu nie jestem w stanie czegoś przeczytać do końca. Po prostu patrzę na literki i zastanawiam się, co autor miał na myśli, bądź dlaczego wszystkim się to podoba, tylko nie mi?  Patrząc po ocenie tej książki na LC, powinnam być niemalże zachwycona tą lekturą. Przykro mi, ale nie. Nie dałam za nią na szczęście dużo, kupiłam ją bowiem z gazetą za niecałe dwanaście złotych, co tak naprawdę osłodziło mi gorycz po rozczarowaniu tą lekturą.

Diana to wzięta prawniczka. pewnego dnia dowiaduje się, że jej mąż ją zdradza. W tym samym czasie Emmely, jej ciotka ma kolejny uraz i możliwe jest, że nie przeżyje kolejnych dni. Bez słowa, Diana pakuje swoje rzeczy i wyjeżdża do Anglii. Na łożu śmierci ciotka wyjawia jej, że ich rodzina skrywa wielką tajemnicę, a kobieta musi ją odkryć kawałek po kawałku. Wyjeżdża zatem na Cejlon, gdzie próbuje rozwikłać zagadkę...

Co mam do zarzucenia "Wyspie Motyli"? Właściwie to, mówiąc kolokwialnie, że jest nudna, jak flaki z olejem. W tej książce niemalże nic się nie dzieje! Czytałam o kolejnych poczynaniach naszej wziętej prawniczki i w sumie... nic, kompletnie nic. Z natury jestem wścibska, więc powinnam rzucić się na tą książkę i jej nie odkładać, aby dowiedzieć się, cóż to za wielka tajemnica i klątwa ciąży na tej rodzinie, jednak autorka ani trochę nie wzbudziła we mnie instynktu detektywa. Czytałam po dwie, trzy strony i odkładałam ją na półkę, by znów po pół godziny do niej wrócić. Po tygodniu męczarni stwierdziłam, że to jest gra nie warta świeczki.

Historię poznajemy poprzez opis poczynań Diany oraz poprzez opis życia Grace i Victorii, dwóch sióstr, z których Grace była prapraprababką prawniczki. Doprowadzało mnie to do szału, wolałabym abyśmy poznawali całą tajemnicę łącznie z główną bohaterką. Cóż to za przyjemność, kiedy my dowiadujemy się więcej, niż sama zainteresowana? Nie wiem, może Wam coś takiego pasuje, ale mi ani trochę. Czy zżyłam się z jakąkolwiek bohaterką? Ani trochę. Jak dla mnie jedynie Grace miała odrobinę charakteru, pozostałe były w sumie wciśnięte po to, aby było. Diana to jedna z takich postaci, których nie lubię. Czemu? Bo zachowuję się irracjonalnie. Kobieta ma prawie czterdzieści lat, a do tego jest prawniczką, a kiedy okazało się, że mąż ją zdradza po prostu uciekła, nawet z nim nie rozmawiając. Dianą targały emocje, rozwaliła cały pokój ze złości, by później się okazało, że po prostu uczucie między nimi wygasło. Mi się wydaje, że gdyby nic do niego nie czuła, nie zachowałaby się jak furiatka i nie wzbudziłoby to w niej takiego gniewu.

Co jeszcze mi się nie podobało? Wiele rzeczy, brakłoby mi miejsca, aby wszystko spisać. Myślę, że muszę też wytknąć sposób, w jaki autorka opisywała kolejne podpowiedzi. Nie podobało mi się to, że lokaj rodziny, pan Green, podkładał wskazówki. Wolałabym nie być w to wtajemniczona, kompletnie mi to nie pasowało. Do tego czułam się tak, jakby autorka musiała prowadzić mnie za rączkę i nie pozwoliła samej odkrywać zagadki. Ponadto wiele czytelniczek rozpisywało się na temat pięknych, malowniczych opisów. Cóż, ja ich nie zauważyłam.

Mimo iż uważam, że książka jest słaba, a nawet gorsza, są też plusy.  Właściwie jeden. Na początku pani Bomann zadbała o tajemniczy, niemalże fantastyczny klimat książki. Przez chwilę czułam się, jakbym zatopiła się w ten świat, jakby rodzinny sekret pochłonął i mnie. Niestety, nie trwało to długo. Dość tego narzekania. Nie chciałam tak bardzo skrytykować tej książki, jednak naprawdę nie znalazłam w niej wiele do zachwalenia... Może Wam się spodoba, jednak w moim odczuciu szkoda marnować na nią czas.

sobota, 25 października 2014

Jeaniene Frost - Jedną nogą w grobie

Seria: Nocna Łowczyni, tom II
Tytuł: Jedną nogą w grobie
Autor: Jeaniene Frost
Wydawnictwo: MAG, 2011
Przekład: Anna Reszka
Strony: 392

Cat Crawfield, półwampirzyca i morderczyni nieumarłych pracuje teraz jako agentka specjalna dla rządu. Nadal nie zrezygnowała ze swojego hobby, czyli mordowania złych wampirów i ghuli. Minęło cztery lata odkąd ostatni raz widziała Bones'a. Okazuje się jednak, że Cat, Ruda Kostucha, staje się obiektem łowów płatnych zabójców i tylko on może jej pomóc...

Pierwsza część bardzo mi się podobała. Oczywiście, że zaopatrzyłam się we wszystkie wydane w Polsce egzemplarze, ale teraz się zastanawiam, czy dobrze zrobiłam. Jedną noga w grobie wzbudziła we mnie skrajne emocje, od zniesmaczenia po rozbawienie. Kiedy w pierwszej części Cat była zwykłą dziewczyną, tak w tej stała się zwykłą, niezwyciężoną zabijaką. Rozumiem, że autorka chciała pokazać, jaką transformację przeszła główna bohaterka, jednak do mnie to nie przemawiało. Wiele razy powtarzałam, że lubię twarde babki, ale nie takie. 

Relacja Bones-Cat też straciła na wartości. Ta chemia, którą wyczułam czytają pierwszą część, w tym momencie zamieniła się w coś wulgarnego, opartego tylko na jednym. Wiele razy powtarzali sobie, że się kochają, ale brakło mi tego czegoś. Sceny erotyczne, właściwie jedna scena erotyczna, była dla mnie przesadzona i niesmaczna. No, ale są gusta i guściki. Myślę, że autorkę trochę poniosło...

Postacie drugoplanowe były słabo widoczne. Byłoby miło, gdyby Jeaniene Frost poświęciła trochę więcej Tate'owi, albo Juanowi. Relacja z Noah była dodana jakby z musu, aby wszystko się ładnie układało. Nawet o kocie było za mało! Denise, przyjaciółka Cat była tylko tłem powieści, która pojawiła się tylko po to, aby autorka mogła wepchnąć spotkanie Bones'a z naszą agentką.

A teraz kilka słów na obronę tej książki. Akcja brnie do przodu, nieustannie coś się dzieje, nie ma żadnych przestojów. Czyta się ją niesamowicie szybko, skończyłabym ją w dwa wieczory, gdybym się troszeczkę nie rozleniwiła. Dodatkowo Bones... nie dziwię się, że Cat tak bardzo za nim szalała. Bawiłam się przednie, gdy przystojny wampir spotykał się z matką półwampirzycy. Te ich kłótnie były interesujące.

Po następną część też sięgnę, skoro już ją kupiłam. Myślę jednak, że muszę zrobić sobie przerwę od tego typu książek, gdyż mój mózg jest zdecydowanie przeładowany niewymagającą lekturą o zjawiskach paranormalnych. Potrzebuję teraz prawdziwego, klasycznego fantasy...

niedziela, 19 października 2014

Wyniki konkursu

Zgodnie z obietnicą, dzisiaj pojawiają się wyniki konkursu urodzinowego. Zgłosiło się 11 osób, za co wszystkim serdecznie dziękuję. Jest mi niezwykle miło, że poświęciliście chwilę czasu, aby wziąć udział w zabawie. Wasze odpowiedzi były zaskakujące, zabawne i ciekawe. Niestety zwycięzca może być tylko jeden, ale uwierzcie mi, że gdybym tylko mogła, nagrodziłabym wszystkich! Nie przedłużając dłużej...

Zwycięzcą zostaje...

Amalia Grace!



To, jak bronisz Geralta zasługuje na uznanie i myślę, że byłby Ci za to bardzo wdzięczny. Nie mogłam przejść obok Twojej odpowiedzi obojętnie. :)

piątek, 17 października 2014

Maureen Lee - Matka Pearl

Tytuł: Matka Pearl
Autor: Maureen Lee
Wydawnictwo: Świat Książki, 2012
Przekład: Ewa Morycińska-Dzius
Strony: 368

Matkę Pearl kupiłam w Biedronce za bezcen. Od tego czasu leżała sobie na półce i leżała, bo jakoś bałam się po nią sięgnąć. Rzadko czytam tego typu literaturę, gdyż zwykle mnie najzwyczajniej w świecie nudzi. Książkę tą przeczytałam jednak szybko, nawet bardzo, ale czy wzbudziła we mnie jakieś emocje? Chyba nie... Na pewno mnie zaskoczyła. Ale do rzeczy.

Amy i Barney tuż przed wojną zakochują się w sobie bez pamięci. Biorą ślub, jednak młody mężczyzna zgłasza się do wojska. Po jego powrocie żona nie poznaje człowieka, za którego wyszła. Barney zostaje zamordowany, a Amy trafia do więzienia, a jej córką zajmują się najbliżsi. W roku 1971 po odbyciu wieloletniego wyroku kobieta wychodzi na wolność. Wszyscy na nią czekają. Okazuje się, że więzienie nie zmieniło Amy i nadal jest tą samą uroczą kobietą. Co tak naprawdę wydarzyło się w domu rodziny?

Książka napisana jest w sposób, który mi nie odpowiadał. Na przemiennie poznajemy losy Pearl, córki Amy, w narracji pierwszoosobowej, oraz samej Amy, Barneya i całej reszty w narracji trzecioosobowej. Przyznam się szczerze, że przez to czasami się gubiłam. Przez większość czasu ponadto miałam wrażenie, że jest to książka o niczym. Czułam się, jakbym czytała pamiętnik nastolatki w stylu "byłam tutaj i zrobiłam to, a potem poszłam tam i zrobiłam tamto". 

Styl językowy autorki jest bez zarzutu. Matkę Pearl czytało się bardzo szybko, nie wciągnęła mnie jednak. Każdą kolejną stronę czytałam z obojętnością. Cokolwiek się nie działo, przyjmowałam to bez emocji. Nawet sytuacje, które powinny mnie szokować, nie robiły na mnie najmniejszego wrażenia. Myślę, że pani Lee średnio wychodzi granie na odczuciach czytelnika. Amy mnie denerwowała i szczerze to nie rozumiem, jakim cudem mogła być ulubienicą wszystkich dookoła. Dopiero, kiedy wyszła z więzienia moja antypatia trochę minęła. Co do Pearl? No cóż, kolejna bezbarwna osóbka, która sama do końca nie wie, czego chce, dopóki jej ktoś nie podstawi tego pod nos. Postaci drugoplanowych jest od groma i wstyd się przyznać, ale nawet nie zapamiętałam ich imion. Z żadną z nich, ani główną, ani poboczną, nie potrafiłam się utożsamić, gdyż były, moim zdaniem, kiepsko zarysowane. Wątek miłosny Pearl był dla mnie płaski i rozgrywał się zupełnie, jakby gdzieś poza nią.

Zakończenie sprawiło, że moja ocena wzrosła o dwie gwiazdki. To był jeden, jedyny moment, w którym zostałam poruszona, a moja szczęka opadła. Czy polecam? Jedynie tym, którzy lubują się w takim gatunku książek. Myślę, że jeśli nie przepadacie za taką tematyka tylko się wynudzicie.

niedziela, 12 października 2014

Eleonora Ratkiewicz - Tae ekkejr!


Seria: Najliss, tom I
Tytuł: Tae ekkejr!
Autor: Eleonora Ratkiewicz
Wydawnictwo: Fabryka Słów, 2011
Przekład: Ewa Białołęcka
Strony: 360


Nigdy nie był niedźwiedziem - szerokim w barach, potężnie zbudowanym wojownikiem, jak jego ojciec. Z dzieciaka wyrósł dziki kot. Lampart - chudy, muskularny, gibki i zuchwały. Tylko włóczęgą pozostał jak dawniej. Nic nie poradzisz na to, że książę Lermett najlepiej czuje
się nie w zamkowej bibliotece, sali tronowej, nawet nie na placu szermierczym, a w drodze.

I właśnie w drodze się poznali. Enneari szedł tak, jak oddychał: lekko, miarowo, prężnie. Niewiele rzeczy jest przeszkodą dla elfa. Ale zabić go można.

Tae Keruin - Umieram! 
Tae Ekkejr - Nie umrzesz!

Teraz elf ma dług do spłacenia. I to go martwi. Nawet nie podejrzewa, że los już szykuje okazję do rozrachunku. Niejedną. I niejedną do zaciągnięcia nowych zobowiązań.

Bo śmierć już idzie ich tropem. I nic już nie będzie jak dawniej.


To, że jestem fanką fantasy, jest aż nazbyt oczywiste. W końcu zaczytuję się głównie w pozycjach z tego gatunku. Jest jednak jedna rzecz, która mnie boli, mianowicie mamy teraz dobę książek z akcją w klimatach post apokaliptycznych, a nawet w dzisiejszych czasach. Po prostu okazuje się, że ktoś ma jakieś zdolności paranormalne, nadprzyrodzone, albo jest wampirem, wilkołakiem i te pe, i te de. Do tego wszystko okraszone jest trójkątem miłosnym, bo główna bohaterka jest taka boska, że każdy chce ją mieć. A ja kocham książki osadzone w klimatach średniowiecznego fantasy, gdzie przysadziste krasnoludy narzekają na smukłe elfy, pomiędzy pałętającymi się między nimi niziołkami, a w tym wszystkim są ludzie i inne bajeczne stwory. Dlatego cieszę się, że odkryłam Tae ekkejr!

Po pierwsze - okładka. Czyż nie jest genialna? Za każdym razem, gdy łapałam książkę w dłonie, oglądałam ją z namaszczeniem. Właśnie takie grafiki uwielbiam. Czego można się po niej było spodziewać? Właściwie nie wiedziałam, nie nastawiałam się na nic, bo nic nie mogłam wywnioskować. Jednak lektura wciągnęła mnie już od pierwszych stron i śledziłam ją niemal z otwartą buzią, co swoją drogą musiało wyglądać dość zabawnie. Bałam się, że znów zostanę zaatakowana niezdecydowaniem oraz głupimi problemami wymyślonymi na siłę, ale nie, nic z tych rzeczy. W zamian za to otrzymałam piękną opowieść o przyjaźni.

No właśnie, o przyjaźni. Ale nie takiej zwykłej, od kołyski, ale takiej prawdziwej, na śmierć i życie. Cóż jest w tym dziwnego, zapytacie, a ja Wam odpowiem, że to, iż Enneari oraz Lermett są z dwóch różnych światów. Arien to elf, a Lermett to książę Najlissu. Jest to zderzenie się tak różnych kultur, jak ogień i woda. Na samym początku żaden z nich nie wiedział, jak się wobec siebie zachowywać, jednak nie przeszkodziło im to pokochać się, tak jak tylko prawdziwi przyjaciele potrafią. Spotkali się przypadkiem, książę uratował elfowi życie, przez co zostali związani długiem.

Fabuła książki nie jest wyjątkowa. Jest zwykła i prosta. Nie ma tutaj szarych barw, a raczej wszystko jest czarno-białe. Zły bohater to zły bohater, a dobry to dobry. Czy to jednak przeszkadza w czytaniu? Otóż, moi drodzy, absolutnie nie. Wręcz przeciwnie. Po ilości książek, w których miłość gra główne skrzypce, miło było sięgnąć po taką lekturę. Nie mogę powiedzieć, aby była lekka, bo wcale nie była. Pewne fragmenty czytało mi się bardzo ciężko, a niektórych nawet nie zapamiętałam, ale nie ujmowało to wartości książki. Eleonora Ratkiewicz uraczyła nas ogromną ilością wewnętrznych monologów, co nie każdy lubi, mi to jednak ani trochę nie przeszkadzało, bo mogłam wejść w umysł głównych bohaterów. Sprawiło to, że byli dla mnie niemal rzeczywiści, przez co bardzo ich polubiłam. Poczucie humoru pani Ratkiewicz bardzo mi pasowało. Zaśmiewałam się do łez, kiedy Arien i Lermett nie potrafili się ze sobą dogadać, kiedy jeden obrażał się na drugiego... 

Wydaje mi się, że książka pisana było głównie z myślą o młodych czytelnikach, którzy dopiero wkraczają w świat fantasy, ale dorosły osobnik również odnajdzie w niej coś dla siebie. Bardzo brakowało mi przygodowej fantastyki, gdzie bohaterowie ganiają z mieczem i łukiem. Jeśli lubicie taki gatunek, to bez zastanowienia sięgnijcie po tą pozycję.

Małe ogłoszenie


Przepraszam Was, że nadal nie odwiedzam często Waszych blogów. Kiedy moja maszynka wróci do żywych, od razu nadrobię zaległości. Teraz korzystam z uprzejmości mojej mamy i raz w tygodniu staram się zajrzeć do każdego z Was.

czwartek, 9 października 2014

Kiera Cass - Jedyna

 Seria: Selekcja, tom III
Tytuł: Jedyna
Autor: Kiera Cass
Wydawnictwo: Jaguar, 2014
Przekład: Małgorzata Kaczorowska
Strony: 320

America wraz z innymi dziewczętami utrzymuje się w ścisłej czołówce Eliminacji. Walka trwa nadal, a ona jest największą faworytką do tytułu księżniczki i zdobycia korony. Na drodze staje jej jednak król, który żywi do niej nienawiść. Tymczasem rebelianci stają się co raz bardziej śmiali. America ma plan, jednak czy uda przekonać się jej do niego Maxona?

Przyznam się szczerze, że ta część wypadła chyba najlepiej ze wszystkich. Coś w końcu zaczyna się dziać, jakaś akcja, która trzyma w napięciu. Frakcja północna w końcu  się pokazuje i, powiem szczerze, zaskakiwać. America w pewnych momentach jest równie irytująca, ale bardzo ją polubiłam w tym tomie. Pokazała na co ją stać, pokazała, że nadaje się na królową.

Było wiele fragmentów, które zostały poucinane w połowie. Autorka tylko je zarysowała, w zasadzie nie wiem po co, skoro i tak nie próbowała niczego wytłumaczyć, a przydałoby się. Książka nabrałaby jeszcze większego smaczku. No i Kiera Cass postanowiła nas zaszokować, bo nawet zdarzyło się jej kogoś uśmiercić... niekoniecznie mi się to podobało, ale miało sens.

Trójkąt Ami, Maxon i Aspen Kiera Cass rozwiązała w taki sposób, jakby o tym całkiem zapomniała i przypomniała sobie przy samym końcu. Oczywiście to, jak się to skończy było do przewidzenia, ale moim zdaniem, mogła włożyć w to więcej emocji. Poza tym nie podobało mi się, że Ami cały czas nie chciała zwierzyć się ze swoich uczuć Maxonowi. Nie sądzę by była na to zbyt dumna, raczej się po prostu bała. Co do niezdecydowania miłosnego Americi, uważam, że ten trójkąt był zupełnie niepotrzebny. Aspen był gdzieś tam, zupełnie obok, znów jako tło powieści. Jak dla mnie obeszłoby się bez takich zawirowań i też można by było stworzyć świetną historię.

Wiem, że więcej marudziłam, niż chwaliłam, ale uwierzcie mi: naprawdę podobała mi się ta część. Przeczytałam ją tak, jak poprzednie, czyli jednym tchem. Była dla mnie o wiele lepszą rozrywką i potrafiła trzymać w napięciu. Co do całej serii... ze swojej strony polecam ją wszystkim paniom. Która z nas nie chciałaby prze chwile żyć jak księżniczka? Myślę, że seria Selekcja nam to w pewien sposób umożliwiła.

sobota, 4 października 2014

S.C. Stephens - Swobodna [przedpremierowo]

PREMIERA 22 PAŹDZIERNIKA 2014

Tytuł: Swobodna
Autor:




Przyznam się szczerze, że po lekturze Bezmyślnej miałam pewne obawy co do Swobodnej. Bałam się, że Kiera znów będzie zachowywać się jak idiotka, krzywdząc wszystkich dookoła. Cóż, na samym początku nadal wyciekała z niej dziewczynka, która udawała kogoś, kim nie jest. Nadal rumieniła się, na słowo na S, chociaż wcale taka grzeczna nie była. Kiera jednak w trakcie tej książki uczyła się siebie, dojrzewała i doroślała, dlatego teraz spoglądam na nią nieco przychylniejszym okiem. Ponadto Kiera uczy się żyć dla siebie, a nie dla kogoś. Przecież życie nie polega na tym, że pełnym się jest tylko, gdy druga połówka jest obok i nie kończy się wtedy, kiedy on/a wyjeżdża.

Ta część traktuje o zupełnie czymś innym, niż trójkąty miłosne, jest dojrzalsza i porusza tematy, które są ważne dla wielu osób będących w związku. Jest to kwestia zaufania. Kiedy ludzie, którzy się kochają, nie ufają sobie, czy coś z tego będzie? Ponadto, kiedy związek zaczyna się tak naprawdę od zdrady, czy jest w stanie przetrwać próbę czasu? Wydaje mi się, że Kiera nadal szukała sobie problemów na siłę, jednak już trochę mniej. Za to Kellan otaczał się murem, a każdą cięższą dyskusję próbował zastąpić seksem. Mimo to był słodki. Był tak słodki i kochany, że niemal zazdrościłam tej dziewczynie, że to właśnie ją obdarzył uczuciem. Niestety, był tak idealny, że nie uwierzyłabym, iż ktoś taki mógłby żyć w prawdziwym życiu, a to jest lekki minus. W końcu ja lubię postacie, które mogę sobie wyobrazić stojące obok mnie.

W tej części autorka postanowiła skupić się także na wątku Anny i Griffina, który swoją drogą, bardzo mnie zaskoczył. Kiera troszkę mnie drażniła swoim podejściem do tego rockmana. Sama nie była cnotką, a potępiała go niemal za wszystko (za pewne rzeczy oczywiście, że mu się należało). Z kolei ja polubiłam tego chłopaka, ma spaczone poczucie humoru, tak samo jak i ja i myślę, że świetnie bym się z nim dogadała.

Podsumowując, tę część wszystkim polecam. Na początku ciężko jest przebrnąć przez nudne opisy codziennego życia (które zdarzyło mi się opuścić), później akcja się rozkręca i wszystko staje się ciekawsze. W pewnych momentach trzyma w napięciu, bo nie wiadomo co zrobi Kellan, lub co zrobi Kiera. Porusza jakąś strunę w środku nas, gra na duszy i uczuciach. Tym razem pani Stepehns zaserwowała kawałek bardzo dobrego romansu.

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Bussines&Culture oraz wydawnictwu MUZA

środa, 1 października 2014

Podsumowanie września

Stało się. Październik nadszedł wielkimi krokami, przynosząc ze sobą nowy rok akademicki i jesienną słotę. A przy okazji zepsuty komputer. Muszę więc na razie korzystać z mojego przedpotopowego netbooka, który, swoją drogą, nie ułatwia mi współpracy. Niemniej jednak służył mi wiernie całe studia, więc nie mogę na niego tak narzekać. Wrzesień był dla mnie bardzo udanym miesiącem, bowiem nadrobiłam większość czytelniczych zaległości. 


Przeczytanie książki: 10

 Jedyna 
Swobodna


Ilość stron: 4059
Obserwatorów: 119 (przybyło 14!:)
Najciekawsza książka: Nie potrafię zdecydować... ;)
Najgorsza książka: Tsunami

Przy okazji przypominam o moim konkursie urodzinowym

niedziela, 28 września 2014

Konkurs urodzinowy

Witajcie moi drodzy! Wielkimi krokami zbliżają się pierwsze urodziny mojego bloga. Powstał on w celu dzielenia się z Wami moją pasją, jaką jest czytanie. Jest on dla mnie motywacją, aby zapoznawać się z nowymi autorami, czytać nowe gatunki książek. Ten blog istnieje dla mnie i jest moim miejscem w sieci, miejscem, w którym zapominam o codziennych troskach. Istnieje on także dla Was, bo bez Was nie byłby taki wyjątkowy. Cieszę się, że mam tutaj swoich stałych czytelników, a także napawa mnie radością każdy nowy.

Aby okazać Wam swoją wdzięczność, przygotowałam dla Was konkurs, w którym do wygrania jest seria "Światło i cienie" mojej ulubionej autorki, Elaine Cunningham. Domyślam się, że większość z Was nie zna jej twórczości, dlatego uważam, że jest to idealna okazja, by się z nią zapoznać. Zgłaszając się nic nie tracicie, a możecie zyskać kilkadziesiąt godzin świetnej rozrywki



- Matka dziecka będzie opuszczać ten dom - powiedział Gromph Baenre do elfokształtnego golema. - Zajmij się tym i poinformuj jej rodzinę, że w drodze na Bazaar spotkał ją nieszczęśliwy wypadek.
Kamienny sługa podniósł się, skłonił ponownie, a następnie zniknął w ścianie tak łatwo, jak upiór przenika przez mgłę. Chwilę później z pobliskiej komnaty doszedł krzyk elfiej kobiety - krzyk, który zaczął się strachem, a skończył mokrym bulgotem.
Gromph wychylił się do przodu i zdmuchnął świecę, ponieważ ciemność najlepiej odzwierciedla charakter drowa. Z pokoju zniknęło całe światło, a oczy czarodzieja zmieniły barwę z bursztynowej na jaskrawoczerwoną - jego wzrok przestroił się tak, że zauważał otaczające go ciepło. Skierował na dziecko zdecydowane spojrzenie.
- Jesteś Liriel Baenre, moja córka i szlachcianka pierwszego domu Menzoberranzan - oznajmił.
Arcymag obserwował reakcję dziecka. Z jej twarzy odpłynął karmazynowy odblask ciepła, a drobnymi bladymi dłońmi chwyciła krawędź biurka, by zachować równowagę. Było jasne, że mała drowka dokładnie wiedziała, co się przed chwilą zdarzyło. Wyraz jej twarzy nie zmienił się jednak, a gdy powtarzała swoje nowe imię, w jej głosie dźwięczała pewność.
Gromph kiwnął głową z zadowoleniem. Liriel zaakceptowała swoją sytuację, zresztą ciężko by jej było zrobić coś innego i przeżyć, lecz w jej oczach palił się jasno gniew i frustracja nieposkromionego ducha.
To rzeczywiście była jego córka.

Opis pochodzi ze strony: ISA.pl

Regulamin konkursu:
1. Organizatorem i sponsorem konkursu jestem ja, właścicielka bloga.
2. Konkurs trwa od 28.09.2014-18.10.2014
3. Zwycięzcę ogłoszę dnia 19.10.2014 i powiadomię e-mailem.
4. Zwycięzca będzie miał 3 dni, aby podać mi dane do wysyłki, inaczej jury w postaci mnie, wyłoni innego zwycięzcę. 
5. Aby wziąć udział w konkursie należy zgłosić się poprzez, podanie nicku, bądź imienia, oraz ADRESU E-MAIL, ponadto należy odpowiedzieć na pytanie konkursowe:

Kto jest Twoim ulubionym bohaterem książkowym i co byś zrobił/a, gdybyś miał/a okazję spotkać go na żywo?

Proszę Was, abyście się nie rozpisywali. Nie o ilość tu chodzi, ale o kreatywność. Wystarczy około 5-10 zdań!

6. Jeśli macie ochotę, możecie dodać mojego bloga do obserwowanych oraz polubić mój fanpage, nie jest to jednak wymagane.
7. Możecie także umieścić na swoim blogu baner konkursowy, ale to także nie jest wymagane.
8. Na okres trwania konkursu umożliwię komentowanie osobom anonimowym. Niestety atakujący mnie spam, zmusił mnie do wyłączenia tej opcji.
9. Nie wysyłam nagrody za granicę!

piątek, 26 września 2014

Kiera Cass - Elita

Seria: Selekcja, tom II
Tytuł: Rywalki
Autor: Kiera Cass
Wydawnictwo: Jaguar, 2014
Przekład: Małgorzata Kaczarowska
Strony: 328
 
Z 35 dziewcząt, które przybyły do pałacu na Eliminacje zostało jedynie 6. Jest w nich również America Singer, która postanowiła zawzięcie walczyć o serce księcia Maxona. To z tej szóstki zostanie wyłoniona przyszła królowa. Niestety, uwielbienie Maxona do dziewczyny nie wystarczy, gdyż król nie aprobuje wyboru syna. America robi coś, co nie podoba się potencjalnemu teściowi. Czy mimo to, ma szansę?

Na Waszych blogach pisałyście, ze Elita jest gorsza od Rywalek. Ja uważam inaczej, mi bardziej podoba mi się drugi tom tego cyklu. Nie jestem w stanie stwierdzić, dlaczego. Może z tego powodu, iż skończyło się bezgraniczne uwielbienie do Ami, może to, że dziewczyna wreszcie pokazała swój charakterek, a może też dlatego, że w tej części było o wiele więcej akcji, niż w Rywalkach. Ataki rebeliantów na pałac stały się częstsze, co naprawdę sprawiało, że krew szybciej krążyła w moich żyłach. Właśnie takich momentów wyczekiwałam w tej książce, a nie tylko bajecznych sukni i rozterek miłosnych.

A co do rozterek miłosnych... były one co najmniej dziwne. Nie rozumiem Ami, sama nie potrafi się zdecydować, którego mężczyznę woli. Czy Aspena? Młodzieniec jest teraz gwardzistą w pałacu i, mimo iż Ami zna zasady, urządza sobie z nim schadzki. Moim zdaniem trochę go tym zwodzi. A Maxon? Nie powinna chyba mieć ataków zazdrości, skoro sama do końca nie jest z nim szczera. Nie potrafię zrozumieć także tego, dlaczego po prostu z nim nie porozmawia o tym co czuje lub myśli.To był największy minus tej części.

Aspen i Maxon są mężczyznami z dwóch rożnych światów. Którego wolę? W tej części chyba żadnego. Albo oboje. Nie umiem się zdecydować, gdyż Aspen jest taki stanowczy i męski, za to Maxon na pewno byłby dobrym królem, ponadto jest po prostu słodki, ale chyba nie tego się oczekuje od mężczyzny. Bardzo się ucieszyłam, że autorka postanowiła pokazać nam więcej tego pierwszego, gdyż tego właśnie zabrakło w pierwszej części książki.

Książka jest w pewnych momentach przesłodzona, by później autorka wyrównała to brutalnym opisem. Przyznam się szczerze, że w momencie aż zacisnęłam zęby z żalu. Podobało mi się także to, że Kiera Cass postanowiła nas bardziej wdrożyć w historię kraju, poprzez pamiętniki Gregorego Illei. Przyznam się szczerze, że każdy taki fragment czytałam z wypiekami na twarzy. I tak, jak się spodziewałam, okazuje się, że idealny władca wcale nie jest taki... idealny.

Elita tylko wzbudziła mój apetyt na następną część. Całe szczęście, ze kupiłam od razu cała trylogię, bo inaczej umierałabym z ciekawości. Czy polecam? Jasne, polecam jak najbardziej. Myślę, że nie będziecie zawiedzeni przy czytaniu Selekcji. Myślę jednak, ze należy brać serię z dużym dystansem i przymrużeniem oka, bo dopiero wtedy można czerpać z niej pełną przyjemność.

wtorek, 23 września 2014

Kiera Cass - Rywalki


Seria: Selekcja, tom I
Tytuł: Rywalki
Autor: Kiera Cass
Wydawnictwo: Jaguar, 2014
Przekład: Małgorzata Kaczarowska
Strony: 336

Kiedyś, z nudów, załączałam MTV, czego teraz nie robię nawet, gdy umieram od nic nie robienia. Leciały tam wszelkiego rodzaju programy, które z muzyką niewiele miały wspólnego. Najbardziej zapamiętałam dwa: Rock of Love oraz Daisy of Love. Były to reality show, w których główna postać szukała miłości. Cóż się tam nie wyrabiało... zazdrość, kłótnie, całowanie, jednym słowem granie na uczuciach i emocjach. Nie sądziłam, że ktoś przeniesie ten pomysł na kartki książki.

Rozpoczęły się Eliminacje, konkurs, w którym książę Maxon spośród 35 kandydatek wyłoni swoją małżonkę. Dla większości z nich jest to szansa na lepsze życie, gdyż są to zwykłe dziewczyny z ludu. Kastowe podziały zanikają w Pałacu, gdzie wszystkie zostają umieszczone. Od tego czasu każda traktowana jest jak księżniczka. Wszystkie dziewczyny cieszą się z szansy danej od losu. Wszystkie, prócz Americi Singer. Dziewczyna jest 5, pochodzi z kasty artystów, ma swojego ukochanego Aspena i nie obchodzi jej możliwość wyjścia za mąż za księcia. Dla rodziny decyduje się jednak wziąć udział w Eliminacjach. Gdy przekracza pałacowe mury w głowie zaczyna jej krążyć myśl, czy na pewno pragnie opuścić wyścig o koronę?

Miałam nie kupować Rywalek. Miałam poczekać, aż przejdzie szał na tą pozycję i dopiero wtedy jej poszukać. Niestety, a może właśnie stety, nie udało się. Książką byłam zauroczona, zanim ją przeczytałam, a wszystko to za sprawą bajecznej okładki, opisu oraz recenzji, które co rusz pojawiały się na Waszych blogach. Spędziłam z tą książką dwa wieczory, a moje odczucia są pozytywne. Nie obyło się jednak bez wad, ale o tym zaraz.

Na początek wspomnę o fabule, która bardzo mnie urzekła. Autorce udało się zaczerpnąć inspirację z tandetnych show, ogłupiających młodych ludzi. Pokazała, że nie każdej dziewczynie chodziło o miłość, niektórym bowiem zależało jedynie na sławie, uwielbieniu i koronie. Świat wykreowany przez Kierę Cass również mi się spodobał. Wszystko dzieje się po Czwartej Wojnie Światowej, w stosunkowo młodym kraju, który nazywa się Illea. O ile się nie mylę, jest to dystopia, a ja pierwszy raz mam do czynienia z takim gatunkiem literatury. Pomysł z kastami społecznymi był strzałem w dziesiątkę. Czyż w końcu na świecie nie ma krajów, w których taki system funkcjonuje? Ponadto ataki rebeliantów na pałac dodają całości smaczku.

America wydała mi się  osobą dobrą i uczynną, myślącą przede wszystkim o innych, a dopiero na końcu o sobie. Czego mi w niej zabrakło? Takiego pazura, którego pokazała przy pierwszym spotkaniu z Maxonem. Samego księcia polubiłam chyba najbardziej. Jest młody, nieobyty, ale czy nieśmiały? Tego chyba nie potrafię stwierdzić. Na pewno cała ta sytuacja go przerasta, chyba nikt nie lubi być naciskany, zwłaszcza, jeżeli chodzi o uczucia. Poza tym, weźmy pod uwagę też, iż są to jego pierwsze doświadczenia z kobietami. I tak, moim zdaniem, zachowuje się szarmancko. Jeśli chodzi o ukochanego Ami, Aspena, to nie mam o nim kompletnie zdania. Jest zepchnięty na bok książki i, w zasadzie, dochodzę do wniosku, że mogłoby go nawet nie być, bo w pewnym momencie całkiem o nim zapomniałam.

Uważam, że było tutaj za mało akcji. Książka toczy się pomału, nie ma tu jakichś specjalnych zwrotów, ani takiej prawdziwej walki między kobietami o mężczyznę (bądź koronę). Można to zrzucić na karby tego, że całą historię poznajmy z punktu widzenia Americi, która nie wchodzi specjalnie w konflikty. Szkoda też, że zarysowane zostały tylko dwie dziewczyny z trzydziestu pięciu, mianowicie Merlee oraz Celeste. Ta druga jest zdecydowanie czarnym charakterem w powieści. I jeszcze jeden minus, za mało mowy było o świecie, w którym toczy się akcja, mimo to potrafiłam się w nim odnaleźć. Książkę polecam, naprawdę polecam. Jest przyjemna, czyta się ją szybko, jednak jest to raczej historia rozrywkowa, która ma umilić kilka godzin życia. Nie spodziewajcie się fajerwerków, raczej czegoś przyjemnego i rozluźniającego.

sobota, 20 września 2014

BookTAG: would you rather?


Dawno nie bawiłam się w żadną zabawę blogową. Na blogu kulturka maialis pojawiła się zabawa "albo albo". Jesteście ciekawi moich odpowiedzi? W takim razie zapraszam!

Czy wolisz....

1. ...czytać same trylogie, czy książki jednotomowe?

Zdecydowanie jednotomowe. W trylogia często jest tak, że drugi i trzeci tom nie trzyma już poziomu swoich poprzedniczek, przez co spotyka mnie jedno wielkie rozczarowanie. Lubię też poznawać nowe historie, a nie obracać się w kręgu jednych i tych samych bohaterów.

2. ...czytać twórczość autorów czy autorek?

Nie ma to dla mnie różnicy. Lubię czytać twórczość mężczyzn, gdyż opisują oni wszystko z innego punktu widzenia, niż kobiety, tak samo jak lubię czytać twórczość  kobiet, gdyż piszą o sprawach, których często nie poruszają mężczyźni.

3. ...kupować w empiku, czy w księgarniach internetowych?

Mam dwie ulubione księgarnie internetowe, w których zwykle kupuję. W jednej książki są tańsze nieraz i o 10 zł, niż w innych, a w drugiej można dorwać promocje, gdzie książki kosztują nawet 5 zł.

4. ...filmy czy seriale na podstawie książki?

Filmy, gdyż seriali po prostu nie oglądam. 

5. ...czytać 5 stron dziennie czy 5 książek tygodniowo.

5 książek tygodniowo, ale raczej byłoby to dla mnie niewykonalne. No, chyba, że nie miałabym życia, nie potrzebowała snu, jedzenia i nie załatwiałabym potrzeb fizjologicznych ;)

6. ...być profesjonalnym recenzentem czy autorem?

No jasne, że autorem, chociaż moje próby napisania czegokolwiek palą się, zanim jeszcze na dobre zaczną. Wierzę jednak, ze w końcu uda mi się napisać coś satysfakcjonującego. :)

7. ...czytać 20 książek w kółko, czy tylko nowe, nie wracając do nich?

Nowe. Uwielbiam poznawać nowe historie. Gdybym miała powracać do 20 książek, chyba znienawidziłabym czytanie.

8. ...być bibliotekarzem, czy sprzedawcą książek?

Ciężko mi na to odpowiedzieć, ale jednak wolałabym być sprzedawcą książek. Czemu? Chyba dlatego, bo w księgarni miałabym lepszy kontakt z ludźmi, mogłabym im doradzić i poprzechwalać się moją wiedzą na temat historii zawartych między stronicami. :D

9. ...czytać tylko książki
z ulubionego gatunku, czy z wszystkich poza ulubionym?

Ha, mogę od razu odpowiedzieć, ze tylko z ulubionego. Jak się tak nad tym zastanowię, to rzadko czytam coś spoza moich ulubionych gatunków. 

10. ...czytać tylko książki papierowe, czy e-booki?

Papierowe. Po e-booka sięgnęłam raz w życiu. Po prostu kocham trzymać w dłoniach papierową książkę. Taki mały fetysz. ;)

Teraz czas na nominację. Więc... *werble* nominuję Was wszystkich. Jestem ciekawa, jakie będą Wasze odpowiedzi! Jeśli nie chcecie umieszczać tej zabawy na blogu, to będzie mi miło, gdy odpowiecie na te pytania w komentarzu. :)

czwartek, 18 września 2014

Iga Wiśniewska - Żyli niedługo i nieszczęśliwie


Seria: Spod flagi magii
Tytuł: Żyli niedługo i nieszczęśliwie
Autor: Iga Wiśniewska
Wydawnictwo: Miasto Książek, 2014
Strony: 218
Forma wydania: e-book

Ile w literaturze mamy bohaterek, które są silne... ale przy okazji zawsze osiągają to czego chcą, bez względu na cenę? Wydaje mi się, że niewiele. Zwykle mamy bajkowe zakończenia, które rozczulają i chwytają za serce. A co, gdyby jednak zakończenie nie było cudowne, a główna bohaterka ociekała jadem i złośliwością? Taka właśnie jest Malice. Imię zobowiązuje, dlatego też jej żarty i psikusy wykraczają poza dobry smak. Jest zdolną uczennicą Akademii Magii, ale nawet umiejętności nie uchronią jej przed gniewem dyrektora szkoły. Cierpliwość została wyczerpana i Malice zostaje wyrzucona. Musi w końcu jakoś zarabiać na życie, więc zostaje najemniczką... Lepiej nie wchodźcie jej w drogę!

Książką byłam zainteresowana już wcześniej, więc kiedy autorka sama do mnie napisała, czy nie zrecenzowałabym tej powieści, podekscytowana zgodziłam się bez gadania. Żyli niedługo i nieszczęśliwie to pierwszy tom Spod flagi magii. Magiczna okładka to coś, obok czego nie można przejść obojętnie, a sam tytuł sugeruje, że nie mamy co spodziewać się pięknej historii rodem z baśni. Fabuła jest wyjątkowa. Pierwszy raz spotkałam się z główną bohaterką, która jest krnąbrna, złośliwa i egocentryczna. I wcale nie przesadzam. Jej zachowanie wzbudza frustrację wszystkich dookoła. Czy ją polubiłam? Jasne! Obawiam się jednak, że gdybym spotkała ją w prawdziwym życiu, raczej wolałabym się trzymać z daleka.

W książce znajduje się 9 opowiadań, których akcja początkowo rozgrywa się w Akademii Magii, a gdy Malice zostaje z niej wyrzucona, w szarej rzeczywistości, która okazuje się tak nie do końca szara. Istnieją bowiem rzeczy, które się nawet filozofom nie śniły, np. gang demonicznych motocyklistów, albo podwodne miasto, w którym życie wydaje się niemal idylliczne, bądź grasujące w tunelach bazyliszki. Nie chcę jednak zdradzać za wiele, abyście mogli przekonać się sami, co się tam wyrabia! Książkę czyta się w tempie ekspresowym i zostawia na ustach uśmiech. Jest łatwa, lekka i przyjemna. Pomysły Malice były tak komiczne, jak straszne dla jej ofiar.

Ze względu na to, że opowiadania są krótkie, nie ma tu miejsca na to, aby fabuła pomału się rozwijała i byśmy mogli wczuć się porządnie w akcję. Niektóre kończyły się, zanim jeszcze porządnie się zaczęły. Niemniej jednak nie jest to coś, co bardzo utrudnia czytanie. Dzięki temu mogliśmy zapoznać się ze stylem pisania autorki, który mi osobiście bardzo odpowiada, a także trochę poznać samą Malice. 

Książkę polecam, jest jedną z lepszych, jakie do tej pory czytałam. Podczas lektury bawiłam się wybornie, wybuchając śmiechem, bądź unosząc brwi ze zdziwienia nad pomysłami Malice. Do tego ta cudowna okładka...  Szkoda, że nie ma wydania papierowego, bo książka zdecydowanie zasługuje na to, aby wylądować na półce. Niecierpliwie czekam na kolejne przygody największej socjopatki w dziejach literatury!

Za możliwość przeczytania książki dziękuję autorce, Idze Wiśniewskiej

niedziela, 14 września 2014

S. C. Stephens - Bezmyślna


Tytuł: Bezmyślna
Autor: S. C. Stephens
Wydawnictwo: Akurat, 2014
Przekład: Joanna Grabarek
Strony: 670

"To jest nasza gra... w tę i we w tę, bez końca. Chcesz mnie, chcesz jego. Kochasz mnie, kochasz jego. Lubisz mnie, nienawidzisz mnie. Chcesz mnie, nie chcesz mnie, kochasz mnie i zostawiasz mnie."
str. 656

W wyzwaniu 30-days Book Challenge było pytanie o książkę, którą się jednocześnie kocha i nienawidzi. Wówczas nie potrafiłam w żaden sposób odpowiedzieć na to pytanie, ponieważ albo daną lekturę lubiłam, albo nie. W tym momencie wiem, że taką jest właśnie Bezmyślna autorstwa S. C. Stephens. Pochłonęłam ją jednym tchem, nie bez emocji, nie bez wkurzania się i nie bez przeklinania. A jednak miała w sobie coś, co mnie do niej przyciągnęło. 

Kiera Allen to młoda studentka. Wraz ze swoim chłopakiem, Dennym, przeprowadza się do Seattle. Są ze sobą szczęśliwi, on właśnie dostał staż w znanej firmie reklamowej, a ona dostała się na tutejszy uniwersytet. Zamieszkują u jego przyjaciela Kellana Kyle. Denny niestety na dwa miesiące musi wyjechać, a nieprzewidziana rozłąka co raz mocniej ciąży Kierze. Pewnej nocy jej relacje z przyjacielem chłopaka przekraczają granice i para ląduje w łóżku. Życie bohaterów już nie jest takie samo, a ona sama musi zdecydować, co robić dalej.

Wiecie co? Nie lubię, kiedy największym minusem książki jest główny bohater, czy bohaterka. W tym przypadku, niestety, właśnie tak było. Dlaczego? Już odpowiadam, postaram się jednak nie rzucać zbytnio inwektywami. Kiera to osoba... głupia. Po prostu głupia. Do tego przesłodzona do cna. Na samym początku pozuje na osobę nieśmiałą, do tego skromną i niewinną. Rumieni się za każdym razem ktoś wypowie słowo na S. Do tego nawet nie przeklina. W rzeczywistości jest rozwiązła. I to bardzo! No, bo wybaczcie, ale nie rozumiem dziewczyn, która przeskakuje z jednego łóżka, do drugiego, obiecując każdemu cudowne życie u swego boku. Och, jakże to wygodne, że cała trójka mieszkała pod jednym dachem. Do tego, czy istnieje coś takiego, jak przyjacielski flirt? Według Kiery tak i nie zdawała sobie sprawy z tego, jak takimi intymnymi gestami jak dotyk, czy przytulenie mogła ranić Kellana. Zachowywała się jak żmija, która owija się wokół nogi, aby kąsać, wysysać siły, nie biorąc pod uwagę tego, że swoim zachowaniem krzywdzi innych. Wykorzystywała ich oboje. O tak! Jeden był piękny i uroczy, wzbudzał w niej pasję, pożądanie i seks z nim był świetny. Drugi natomiast był ostoją i bezpieczną przystanią. Któż nie chciałby tak żyć? Za pierwszym razem, kiedy zdradziła swego "ukochanego" chłopaka,  jeszcze potrafiłam ją zrozumieć. Nie pochwalałam jej postępowania, ale potrafiłam zrozumieć. Rzuciła dla niego wszystko, a on tak po prostu wyjechał, do tego jeszcze przyjął pracę daleko od niej. Upiła się i nie panowała nad sobą. Jednak to co działo się potem... cóż. Nie będę tego komentować, przekonajcie się sami.

Teraz wezmę w obroty Denny'ego. Nie mam o nim za wiele do powiedzenia, gdyż niknął w tłumie. Autorka kompletnie nie skupiła się na tym, aby go dobrze scharakteryzować. Był misiowaty, przesłodzony, bezgranicznie zakochany w swej niewiernej dziewczynie. Nie przypadł mi do gustu. Nie lubię mężczyzn, którzy nie potrafią w żaden sposób odmówić swojej partnerce, w których brak tego ognia, żaru. Gdyby Kiera ciągle nie jęczała nad Dennym, w ogóle zapomniałabym o tej postaci. Nie to co Kellan. Miał wszystkie cechy, których brakowało Denny'emu. Był zabawny, a kiedy trzeba potrafił być podły. To on wiódł prym w tej książce. Jako miejscowa gwiazda rocka, miał mnóstwo kobiet na wyciągnięcie ręki, dlatego wciąż nie mogę uwierzyć, że ulokował swoje uczucia w... takiej dziewczynie.

Książka jest napisana poprawnie językowo, przyjemnie się ją czytało, jeśli tylko potrafiliśmy się wyłączyć na bezmyślność Kiery. Powinniśmy się w zasadzie tego spodziewać, ponieważ sam tytuł świadczy o głównej bohaterce. Ciągle żyję nadzieją, że autorka specjalnie zrobiła z Kiery taką idiotkę (wybaczcie mi, że ją tak wyzywam, ale naprawdę nie mogę...), dlatego starałam się patrzeć na to przez palce i naprawdę czerpać przyjemność z czytania. W pewnych momentach miałam tylko dość tej słodkości wylewającej się z co drugiej strony i użalania się nad sobą Kiery. Nie znalazłam w tej dziewczynie nic pozytywnego, a uwierzcie mi, starałam się, jak mogłam.

Bezmyślna to pierwszy tom serii. Szczerze mówiąc, nie mam pojęcia co może dziać się dalej. Czy przeczytam? Jasne, jak najbardziej. Jestem ciekawa, co autorka wymyśli w dalszych częściach. Poza tym książkę, mimo mojej recenzji, czytało mi się przyjemnie, o czym na pewno świadczy fakt, że przeczytałam 670 stron w 3 dni. Po prostu musiałam, nabrać dużo, ale to naprawdę dużo dystansu do głównej bohaterki.

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Bussines&Culture oraz wydawnictwu MUZA

piątek, 12 września 2014

Jeaniene Frost - W pół drogi do grobu


Seria: Nocna Łowczyni
Tytuł: W pół drogi do grobu
Autor: Jeaniene Frost
Wydawnictwo: MAG, 2011
Przekład: Anna Reszka
Strony: 438

Książki, które kupuję przez przypadek na promocji ostatnio okazują się strzałem w dziesiątkę. Z W pół drogi do grobu było tak samo, z tym że oczywiście najpierw kupiłam drugi tom tego cyklu. Na szczęście udało mi się łatwo przeszukać księgarnie internetowe i zdobyć pierwszy tom za, naprawdę, grosze. Czy spodziewałam się czegokolwiek po tej powieści? Nie, zupełnie nie. Nie wiedziałam, czy mi się spodoba. Lektury z gatunku paranormal rzadko znajdują się w mojej ręce, wolę klasyczne fantasy. Jeaniene Frost jednak sprawiła, że przestałam patrzeć na nie, aż tak krytycznym okiem.

Catherine Crawfield to półwampirzyca. Cat jest córką wampira, który zgwałcił jej matkę. Zniszczył tym on tym jej życie. Młoda kobieta postanowiła więc zemścić się na każdym przedstawicielu tego gatunku. Jak się można domyśleć, morduje ich bez wyrzutów sumienia. Podczas kolejnego nocnego wypadu na polowanie, poznaje Bonesa, łowcę głów. Wampir zmusza ją do współpracy, trenuje ją, by osiągnęła dobrą formę. Okazuje się, że życie jako mieszaniec ma swoje zalety. Musi sobie także odpowiedzieć na pytanie, czy wszystkie wampiry naprawdę są złe?

Gdy wzięłam po raz pierwszy do rąk tą książkę (tak, tak, oczywiście, że nie czytałam opisu, gdy ją kupowałam), stwierdziłam, że autorkę chyba poniosło, ponieważ coś takiego jak półwampir raczej nie ma prawa bytu. Skrzywiłam się w dziwacznym grymasie, ale jak powiedziało się A, to trzeba powiedzieć i B.Pani Frost na szczęście zgrabnie opisała, jakim cudem było to możliwe, więc i ja przestałam się krzywić.

Oglądaliście Buffy? Ja tak, nałogowo. Uwielbiałam ten serial, niecierpliwie czekałam na kolejne odcinki. Jak się okazuje, W pół drogi do grobu była o wiele lepszą rozrywką, niż blondwłosa pogromczyni. Obie polowały na wampiry, jednak Cat jest przynajmniej zabawna. Akcja  powieści rwie się do przodu, ciągle się coś dzieje. Zupełnie nie ma czasu na nudę. A to łowczyni morduje kolejnego krwiopijcę, albo ucieka przed nim, albo kłóci się z Bonsem, albo flirtuje z tym panem... Przesycona seksualnymi podtekstami... i nie tylko. Powietrze między tymi dwojgiem jest tak naelektryzowane, że aż je czułam czytając kolejne strony. Dawno nie spotkałam się z tak dobrze nakreśloną relacją między dwojgiem bohaterów.

Prócz dobrego opisu relacji, autorka zadbała o samych bohaterów. Są bardzo charakterystyczni. Bones to facet, który nawet mi by się spodobał. Nie użala się nad sobą, jest twardy, charyzmatyczny i zaradny. A Cat? Chociaż sama twierdzi, ze jest grzeczną dziewczynką, na pewno do takich nie należy. Wręcz przeciwnie. Nazwałabym ją twardą babką z jajami większymi, niż niektórzy faceci. A wampirze umiejętności, dodają tylko smaczku całej tej postaci. Postacie drugoplanowe są naprawdę tylko tłem tej powieści, ale w żaden sposób to nie przeszkadza w odbiorze.

Cała fabuła jest jak dobry kryminał. Autorka zadbała o ciekawa intrygę, chociaż może trochę sztampową. Znikają młode dziewczyny, a Bones próbuje się dowiedzieć, kto za tym stoi. Tropi grubą rybę, ale Catherine wtrąca się w to wszystko bez pytania. Ich pierwsze spotkanie nie należy do najprzyjemniejszych, ale jest... moim zdaniem genialne. Razem pracują, stają się sobie bliscy, a przy okazji odkrywają kolejne części układanki. A wszystko to okraszone świetnym, czarnym humorem, do którego trzeba mieć dystans.

Nie obyło się oczywiście bez minusów. Jeden z nich to sama Cat, która w pewnych momentach zachowywała się niezrozumiale dla mnie, ale miała świetną osobowość, dlatego jestem w stanie jej to wybaczyć. Drugim z nich jest zakończenie. Całe szczęście jest kontynuacja, bo inaczej chyba bym pogryzła książkę! Jeśli chcecie czegoś lekkiego, przyjemnego i łatwego w odbiorze, bez zastanowienia sięgnijcie po W pół drogi do grobu. Moim zdaniem, nie zawiedziecie się i spędzicie kilka miłych chwil.

poniedziałek, 8 września 2014

David Gaider - Dragon Age: Rozłam


Tytuł: Dragon Age: Rozłam
Autor: David Gaider
Wydawnictwo: Fabryka Słów, Lublin 2012
Przekład: Małgorzata Koczańska
Strony: 512


Dragon Age: Rozłam to książka, której akcja dzieje się w świecie Thedas, w świecie znanym między innymi z gry o Dragon Age. Uwielbiam to uniwersum i uważam, że autorzy wykonali kawał świetnej roboty. Z przyjemnością więc sięgnęłam po tą pozycję. Już na wstępie muszę jednak zaznaczyć, że nie jest to książka dla wszystkich. Ktoś, kto nie zna wydarzeń dziejących się w grach Dragon Age:Początek oraz Dragon Age 2 (zwłaszcza tej!) może poczuć się bardzo zagubiony i nie wiedzieć o co chodzi. 

Cole umarł w najgłębszym lochu w Białej Iglicy. Kiedy zgasło ostatnie wspomnienie o nim, zrodził się Duch Iglicy. Chociaż… może to tylko wciąż samotny człowiek, który zniknął?

Ktoś morduje niedoszłych adeptów magii. Dla Wielkiego Poszukiwacza Lamberta z zakonu templariuszy sprawcą zbrodni jest zaklinacz Rhys. Ale nie wszyscy tak uważają. Wynne, bohaterka Plagi Fereldeńskiej, postanawia ratować Rhysa.

Razem z drużyną wyruszają do Fortecy Adamant, leżącej u wrót otchłani. W miejscu, gdzie Zasłona jest cienka jak pergamin, demony są bliżej niż gdziekolwiek indziej. Kto wie, co się stanie, gdy magowie usłyszą ich pieśń? Oni albo… Cole, którego nikt nie może zapamiętać. Ale on pamięta.

W listopadzie swoją premierę będzie miała trzecia część gry, Dragon Age: Inkwizycja. Gdy dowiedziałam się, że jednym z towarzyszy będzie Cole, bohater tej książki, musiałam ją przeczytać. I nie żałuję spędzonego czasu nad tą lekturą, ponieważ dostałam to, czego oczekuje się od książki: nietuzinkowych bohaterów, ciekawą fabułę, dramatyczne momenty. Ułożyłam się wygodnie na łóżku i złapałam w trzęsące się dłonie książkę. I popłynęłam. Śledziłam oczami zachłannie każda kolejną literkę, zdanie, stronę. Nie mogłam się oderwać. W książce działo się mnóstwo rzeczy, jednak wszystko układało się w taką spójną całość, że bez problemu nadążałam za wydarzeniami.

Przede wszystkim na wspomnienie zasługują bohaterowie. David Gaider ma talent w kreowaniu postaci. W książce nie było inaczej. Cole, choć tak naprawdę wygląda na dorosłego młodzieńca, jest zagubionym dzieckiem. Popełnia złe czyny, ale czy rozumie co robi? I tak naprawdę, kim jest? Właśnie tego próbuje się dowiedzieć Rhys. Zaklinacz jest mężczyzną zabawnym, ale bardzo rozsądnym. Zdarza mu się czasami coś powiedzieć, zanim pomyśli, jednak nigdy nie robi tego w złej wierze. W przeciwieństwie do Adrian. Ruda czarodziejka, miała równie ognisty temperament, co włosy. Bardzo przypominała mi Andersa z Dragon Age 2, który poświęcił wiele, tylko i wyłącznie dla swoich ideałów. Ona zrobiła dokładnie to samo. Nie zyskała mojej sympatii, aczkolwiek na plus zasługuje fakt, że jest bardzo charakterystyczna. No i moja wisienka na torcie, czyli kapitan Evangeline. Kobieta silna, stanowcza, widząca świat nie tylko w odcieniach czerni i bieli. Po prostu uwielbiam takie babki. Wynne (matka Rhysa) i Shale nie muszę przedstawiać osobom, które grały w grę. Stara czarodziejka pomagała Bohaterowi Fereldenu w walce z piątą plagą, a Shale to krasnoludzica zaklęta w ciele golema. Wynne bardzo zyskała w moich oczach w trakcie lektury Zawsze miałam ją za upierdliwą, starszą panią, a tutaj proszę. Jest o wiele bardziej wyrachowana, niż można było to sobie wyobrazić.

Co do fabuły.... nie spodziewałam się czegoś takiego. Rytuał Wyciszenia to coś, czego obawiają się wszyscy magowie. Odcina ich to bowiem od Pustki i stają się zwykłymi kukłami, marionetkami w rekach Zakonu i Templariuszy. Okazuje się, że rytuał ten można odwrócić. Jak? Badania na ten temat w Fortecy Adamant prowadził elf, wyciszony. Wynne z resztą drużyny muszą się dowiedzieć, co się tam stało. Badania te jednak mogą zagrozić i podkopać autorytet ciemiężycieli magów. Cóż, kiedy tylko przeczytałam, że wieczny bat na magów mógł okazać się wadliwy, zrobiłam wielkie oczy. W końcu używali ich od stuleci, a tu taka niespodzianka. Poza tym sama postać Cole'a. On sam nie wie czym jest. Duchem, człowiekiem, magiem? Może demonem? Widzimy jego przemianę, widzimy, jak bardzo nie chce zawieść swojego przyjaciela. Byłam tak zaciekawiona, co będzie się działo dalej, że czasami przewracałam stronę, aby przeczytać chociaż jedno, następne zdanie. 

Warto na chwilę zatrzymać się przy opisach miejsc. Lubię, kiedy autor nie opisuje nam dokładnie całego pomieszczenia, aby co do centymetra znać położenie krzesła, ale takie, jakie zrobił Gaider. Opisał je delikatnie, subtelnie, a resztę pozostawił czytelnikowi. Ponadto autor zadbał o to, aby wyczuło się napięcie, które panowało między magami a templariuszami.

Oczywiście zdarzyły się momenty nużące. Czasami autor zbyt rozwlekał pewne tematy, inne mógł bardziej rozwinąć. Chciałabym się dowiedzieć więcej o Cole'u, ale liczę, że będę miała jeszcze na to szansę w grze. No i największym minusem jest fakt, że jest to książka typowo dla fanów gry, ponieważ, tak jak już wspomniałam, wszystko dzieje się po zakończeniu Dragon Age 2. Jest też wiele niezrozumiałych, dla nieobeznanych z kodeksem, terminów.

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...