Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Eleonora Ratkiewicz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Eleonora Ratkiewicz. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 12 października 2014

Eleonora Ratkiewicz - Tae ekkejr!


Seria: Najliss, tom I
Tytuł: Tae ekkejr!
Autor: Eleonora Ratkiewicz
Wydawnictwo: Fabryka Słów, 2011
Przekład: Ewa Białołęcka
Strony: 360


Nigdy nie był niedźwiedziem - szerokim w barach, potężnie zbudowanym wojownikiem, jak jego ojciec. Z dzieciaka wyrósł dziki kot. Lampart - chudy, muskularny, gibki i zuchwały. Tylko włóczęgą pozostał jak dawniej. Nic nie poradzisz na to, że książę Lermett najlepiej czuje
się nie w zamkowej bibliotece, sali tronowej, nawet nie na placu szermierczym, a w drodze.

I właśnie w drodze się poznali. Enneari szedł tak, jak oddychał: lekko, miarowo, prężnie. Niewiele rzeczy jest przeszkodą dla elfa. Ale zabić go można.

Tae Keruin - Umieram! 
Tae Ekkejr - Nie umrzesz!

Teraz elf ma dług do spłacenia. I to go martwi. Nawet nie podejrzewa, że los już szykuje okazję do rozrachunku. Niejedną. I niejedną do zaciągnięcia nowych zobowiązań.

Bo śmierć już idzie ich tropem. I nic już nie będzie jak dawniej.


To, że jestem fanką fantasy, jest aż nazbyt oczywiste. W końcu zaczytuję się głównie w pozycjach z tego gatunku. Jest jednak jedna rzecz, która mnie boli, mianowicie mamy teraz dobę książek z akcją w klimatach post apokaliptycznych, a nawet w dzisiejszych czasach. Po prostu okazuje się, że ktoś ma jakieś zdolności paranormalne, nadprzyrodzone, albo jest wampirem, wilkołakiem i te pe, i te de. Do tego wszystko okraszone jest trójkątem miłosnym, bo główna bohaterka jest taka boska, że każdy chce ją mieć. A ja kocham książki osadzone w klimatach średniowiecznego fantasy, gdzie przysadziste krasnoludy narzekają na smukłe elfy, pomiędzy pałętającymi się między nimi niziołkami, a w tym wszystkim są ludzie i inne bajeczne stwory. Dlatego cieszę się, że odkryłam Tae ekkejr!

Po pierwsze - okładka. Czyż nie jest genialna? Za każdym razem, gdy łapałam książkę w dłonie, oglądałam ją z namaszczeniem. Właśnie takie grafiki uwielbiam. Czego można się po niej było spodziewać? Właściwie nie wiedziałam, nie nastawiałam się na nic, bo nic nie mogłam wywnioskować. Jednak lektura wciągnęła mnie już od pierwszych stron i śledziłam ją niemal z otwartą buzią, co swoją drogą musiało wyglądać dość zabawnie. Bałam się, że znów zostanę zaatakowana niezdecydowaniem oraz głupimi problemami wymyślonymi na siłę, ale nie, nic z tych rzeczy. W zamian za to otrzymałam piękną opowieść o przyjaźni.

No właśnie, o przyjaźni. Ale nie takiej zwykłej, od kołyski, ale takiej prawdziwej, na śmierć i życie. Cóż jest w tym dziwnego, zapytacie, a ja Wam odpowiem, że to, iż Enneari oraz Lermett są z dwóch różnych światów. Arien to elf, a Lermett to książę Najlissu. Jest to zderzenie się tak różnych kultur, jak ogień i woda. Na samym początku żaden z nich nie wiedział, jak się wobec siebie zachowywać, jednak nie przeszkodziło im to pokochać się, tak jak tylko prawdziwi przyjaciele potrafią. Spotkali się przypadkiem, książę uratował elfowi życie, przez co zostali związani długiem.

Fabuła książki nie jest wyjątkowa. Jest zwykła i prosta. Nie ma tutaj szarych barw, a raczej wszystko jest czarno-białe. Zły bohater to zły bohater, a dobry to dobry. Czy to jednak przeszkadza w czytaniu? Otóż, moi drodzy, absolutnie nie. Wręcz przeciwnie. Po ilości książek, w których miłość gra główne skrzypce, miło było sięgnąć po taką lekturę. Nie mogę powiedzieć, aby była lekka, bo wcale nie była. Pewne fragmenty czytało mi się bardzo ciężko, a niektórych nawet nie zapamiętałam, ale nie ujmowało to wartości książki. Eleonora Ratkiewicz uraczyła nas ogromną ilością wewnętrznych monologów, co nie każdy lubi, mi to jednak ani trochę nie przeszkadzało, bo mogłam wejść w umysł głównych bohaterów. Sprawiło to, że byli dla mnie niemal rzeczywiści, przez co bardzo ich polubiłam. Poczucie humoru pani Ratkiewicz bardzo mi pasowało. Zaśmiewałam się do łez, kiedy Arien i Lermett nie potrafili się ze sobą dogadać, kiedy jeden obrażał się na drugiego... 

Wydaje mi się, że książka pisana było głównie z myślą o młodych czytelnikach, którzy dopiero wkraczają w świat fantasy, ale dorosły osobnik również odnajdzie w niej coś dla siebie. Bardzo brakowało mi przygodowej fantastyki, gdzie bohaterowie ganiają z mieczem i łukiem. Jeśli lubicie taki gatunek, to bez zastanowienia sięgnijcie po tą pozycję.

Małe ogłoszenie


Przepraszam Was, że nadal nie odwiedzam często Waszych blogów. Kiedy moja maszynka wróci do żywych, od razu nadrobię zaległości. Teraz korzystam z uprzejmości mojej mamy i raz w tygodniu staram się zajrzeć do każdego z Was.

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...