Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Thriller. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Thriller. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 19 kwietnia 2015

Marcin Mortka- Miasteczko Nonstead

Tytuł: Miasteczko Nonstead
Autor: Marcin Mortka
Wydawnictwo: Fabryka Słów, 2012
Gatunek: Horror
Strony: 297

Młody pisarz, Nathan McCarnish przybywa do miasteczka Nonstead. Po napisaniu swojej debiutanckiej powieści i odejściu ukochanej Fiony, postanowił wrócić do miejsca, gdzie przeżył z tą kobietą tyle wspaniałych chwil. Nie dane mu jednak będzie nacieszyć się spokojem, gdyż w tym mieście nic nie jest takie, na jakie wygląda...

Kiedy sięgam po powieść mojego ulubionego autora, zawsze obawiam się, że tym razem się rozczaruję, że autor nie przeskoczy poprzeczki, którą sam sobie ustawił. Takie same obawy miałam, gdy sięgałam po Miasteczko Nonstead, gdyż Marcin Mortka to jeden z tych pisarzy, po którego twórczość sięgam najchętniej. Jak do tej pory, jego powieści robiły na mnie ogromne wrażenie i nie pozwalały mi nawet na chwilę odetchnąć W książka jego autorstwa po prostu nie znalazłam ani grama nudy. Muszę nadmienić, że pan Marcin Mortka świetnie radzi sobie w pisaniu fantastyki, ale czy udźwignął gatunek, jakim jest horror? O tak.

Pan Mortka to niezwykle utalentowany pisarz, o którym, moim skromnym zdaniem, jest zdecydowanie za cicho. Jego książki, jak już wspomniałam wcześniej, wywierają na mnie za każdym razem ogromne wrażenie. Jednak nic nie przygotowało mnie na to, co dostałam podczas lektury Miasteczka Nonstead. Jest to ogromna dawka grozy, mrocznego klimatu i świetnej, oryginalnej historii. Nie ma przerw na nudę, autor unika niepotrzebnego rozwlekania tekstu, byleby tylko zapchać jakąś dziurę. Nie ma także przesadnych opisów, ale książka nie jest ich wcale pozbawiona. Wszystko jest skompensowane tak, abyśmy nie mogli nawet zaczerpnąć tchu.

Wspomniałam o klimacie powieści, teraz opiszę go dokładniej. Autor stworzył obraz małego miasteczka, w którym każdy udaje, że wszystko jest w porządku, a każdą anomalię zbywa i uśmiechając się szeroko, odpowiada, że nic podobnego nie miało miejsca. Mrok wylewa się ze stron, sprawiając, że serce albo zamiera, albo przyspiesza bijąc jak oszalałe. Dawka napięcia, którą zaserwował pan Marcin w swojej powieści, przekracza o kilka kresek dozwoloną, jednak właśnie to mnie do tej książki przyciągało. Z zachłannością dziecka, które zajada słodycze z miejscowej cukierni, pożerałam Miasteczko Nonstead, pragnąc wraz z Nathanem rozwiązać zagadkę choroby, która toczyła tę niewielka mieścinę.

Główny bohater, Nathaniel, jest bardzo dobrze wykreowany. Nie był przerysowany, posiadał swoje lęki (jest to właśnie najważniejszy temat tej powieści: strach), wady, ale także mnóstwo zalet. Cechowała go determinacja oraz zwykła, ludzka ciekawość i życzliwość. Ponadto spotykamy Skinnera, miejscowego drwala, który, podobnie jak Nathan, jest postacią bardzo wyważoną. Niektórzy bohaterowie potrafili wzbudzić strach i niepokój. Nie chciałabym spotkać takich w realnym życiu. Przyznam się szczerze, że z każdą sytuacją, która nie należała do "normalnych", zaczynały trząść mi się dłonie. Fabuła powieści jest niezwykle intrygująca. Ludziom w miasteczku odbija, zdarzają im się rożne dziwne wypadki, znikają lub stają się nieobecni duchem. W środku tych wszystkich wydarzeń zjawia się Nathaniel, nie do końca przypadkiem, ale także nie do końca zamierzenie, jednak to całkowity przypadek sprawia, że zaczyna interesować się tym wszystkim.

Zakończenie powieści było dla mnie mistrzowskie. Już w pewnym momencie zaczynałam domyślać się rozwiązania tej zagadki, jednak mylicie się, jeśli uważacie, że powieść jest przewidywalna. Autor zadbał o to, by dostarczyć nam tylu wskazówek, co skutkowało tylko tym, iż całkowicie zbijał nas z tropu. Nie znajdziemy tutaj hektolitrów krwi, ani potworów, czy demonów wyskakujących zza rogu. Autor całkowicie bazuje na stworzonym przez siebie klimacie grozy i zabawia się naszymi emocjami. Powieść polecam, polecam ją wszystkim, którzy uwielbiają się bać, a także i tym, którzy lubują się w twórczości pana Mortki.

piątek, 3 kwietnia 2015

Heather Graham - Legendarna posiadłość

Tytuł: Legendarna posiadłość
Autor: Heather Graham
Wydawnictwo: Burda książki, 2015
Pierwsze wydanie: 2012
Przekład: Wojciech Usakiewicz
Gatunek: Thriller
Strony: 334

Młoda historyczka, Allison Leigh, prócz tego, że wykłada na Uniwersytecie, oprowadza turystów po historycznej posiadłości. Pewnego wieczoru natrafia na zwłoki swego kolegi po fachu. Do całej sprawy zostaje zatrudniona Ekipa Łowców, oddział FBI, do którego należy Tyler Montague. Członkowie grupy wykazują zdolność do nawiązywania kontaktu ze zmarłymi. Mężczyzna prosi Allison o pomoc przy sprawie, po czym okazuje się, że zaczyna łączyć ich niezwykła więź. 

Nazwisko autorki Legendarnej posiadłości przewijało się przed moimi oczami niejednokrotnie. Nie zwracałam jednak na nie specjalnej uwagi, ale po pewnym czasie stwierdziłam, że można by przyjrzeć się bliżej twórczości pani Graham. Wiedziałam, że pisze ona książki z gatunku, który akurat lubię, więc tym bardziej postanowiłam dać jej szansę. Już na wstępie muszę się przyznać, że mam problem z tą konkretną książką, gdyż nie zaiskrzyło między nami, ale także i nie wzbudziła we mnie negatywnych emocji. Mówiąc wprost, byłam na nią zupełnie obojętna.

Sama fabuła była dość ciekawa, nie mogę jednak powiedzieć, żebym zaczytywała się w niej z wypiekami na policzkach. W Legendarnej posiadłości jest mowa o amerykańskiej historii i amerykańskim ujęciu patriotyzmu. Nie potrafiłam się wczuć w ten wątek, gdyż nie do końca mnie on dotyczy, ale autorka przedstawiła go całkiem zgrabnie. Nie przynudzała, mówiąc wprost. Ponadto sprytnie wetknęła tutaj wątek paranormalny, mianowicie nasi główni bohaterowie widują duchy, a nawet potrafią z nimi rozmawiać. Nie tego oczekiwałam po thrillerze, ale jednak wyszło to na plus. Co do reszty mam niestety więcej zastrzeżeń. Język użyty przez autorkę był prosty, zbyt prosty jak na mój gust. Zabrakło tutaj także jakichś większych opisów. Nie lubię, kiedy autor opisuje jeden kwiatek na trzy strony, ale kiedy nie ma ich prawie wcale, to także nie jest dobre. 

W większości książka składała się niemal z samych dialogów, a o postaciach występujących w powieści dostajemy szczątkowe informacje. Allison, główna bohaterka powieści nie przypadła mi do gustu. Na samym początku była opryskliwa, a tak naprawdę nie miała ku temu powodów. Z jednej strony rozumiem, że była rozgoryczona, gdyż to ona znalazła martwego Juliana, jednak bycie niemiłą i odpychającą w stosunku do kogoś, kto chce jej pomóc już nijak się nie trzymało kupy. Tyler z kolei był dla mnie zbyt przesłodzony, ale wzbudził we mnie większą sympatię dzięki cierpliwości i chłodnemu osądowi. Co do reszty postaci, uważam, że wszyscy oni, tak jak Tyler, byli zbyt przesłodzeni. Jeśli oczekujecie jakiegoś napięcia, czy mocnych charakterów, tutaj tego nie znajdziecie. 

Żeby nie było, ze nic mi się nie podobało, muszę wspomnieć o plusach tej powieści. Na pewno jednym z nich jest zakończenie, którego absolutnie się nie domyśliłam. Cały czas obstawiałam zupełnie co innego, ale Graham mnie zwiodła. Wątek romantyczny także mnie pozytywnie zaskoczył. Był lekki, przyjemny, niewymuszony, rozgrywający się na tle wszystkich wydarzeń. Autorka bardzo subtelnie wplotła go w akcję powieści, nie drażniąc czytelnika, ukazując uczucie dwojga dorosłych ludzi. Była to dla mnie bardzo miła odmiana po wszystkich tych młodzieżówkach, które doprowadzały mnie do szału. Podsumowując, powieść ta nie jest zła. Czyta się ją przyjemnie, na pewno jest świetną lekturą, gdy człowiek jest zmęczony i pragnie odprężyć mózg przy lekkiej lekturze. Nie nastawiałabym się jednak na pełen napięcia thriller, który co rusz zaskakuje i wymaga pełnego skupienia. 



niedziela, 15 marca 2015

Claire Kendal - Wiem o tobie wszystko

Tytuł: Wiem o tobie wszystko
Autor: Claire Kendal
Wydawnictwo: Akurat, 2015
Pierwsze wydanie: 2014
Przekład: Piotr Lewiński
Gatunek: Thriller
Strony: 416

Clarissa z każdym dniem czuje się coraz bardziej osaczona przez Rafe'a. Gdziekolwiek spojrzy, widzi jego twarz, w którąkolwiek stronę się odwróci, dostrzega jego cień, dokądkolwiek pójdzie, on podąża za nią. A wszystko dlatego, ze Rafe się w niej zakochał. 
Śmiertelnie.

Wiem o tobie wszystko w końcu trafiło w moje ręce. Bardzo chciałam tę książkę przeczytać, dotyczy ona bowiem stalkingu - tematu, który mnie bardzo interesuje. Zjawisko to jest tak samo intrygujące, jak przerażające. Na samą myśl o tym, że ktokolwiek miałby mnie osaczyć swoją osobą, wysysać energię życiową poprzez stopniowe tłamszenie woli do życia, nagabując, nachodząc, dając niechciane prezenty dostaję gęsiej skórki. Jest wiele złych rzeczy, które mogą się trafić w życiu, a posiadanie "własnego" stalkera jest na pewno jednym z nich. Przyznam się szczerze, że oczekiwałam po tej powieści wiele. Szumnie reklamowana jako thriller psychologiczny, rozbudzała moje nadzieje na przeżycie chwil grozy. Co otrzymałam? Niestety, na pewno nie thriller. Mogłabym nazwać tę powieść raczej dramatem, książką obyczajową z zabarwieniem dreszczowca, ponieważ nie wywoływała u mnie tego napięcia, jakiego oczekuje się po tego typu gatunku. Nie mogę też powiedzieć, że ta książka jest zła. Ale do rzeczy. 

Książka napisana jest w formie dziennika, w którym Clarissa opisuje swoje uczucia, który przeplata się z formą narracji trzecioosobowej. Mi to nie przeszkadzało, gdyż ostatnio wiele powieści jest pisanych w ten sposób, jednak nie odpowiadało mi to, że Clarissa spisywała wydarzenia w czasie teraźniejszym. Autorka jednak w większości dobrze oddała uczucia i strach głównej bohaterki, więc mogłam przymknąć oko na ten mankament. Kolejnym ważnym punktem powieści, była rozprawa sądowa, w której Clarissa była sędzią przysięgłym. To podobało mi się już znacznie mniej. Pewne rzeczy mi tam nie grały, ale z drugiej strony poza Sędzia Anna Marią Wesołowska i rozpraw w filmach nigdy nie widziałam, jak wygląda proces, więc myślę, że zostawię to do oceny innym.

Clarissa to typowa szara myszką. Ugrzeczniona, miła, ma problem z powiedzeniem NIE. Nikt nie wpoił w nią zasad asertywności, co Rafe bardzo chętnie wykorzystał. Po rozstaniu z partnerem czuła się zagubiona i samotna. Pragnienie posiadania dziecka przesłaniało jej pół świata. Czy Rafe był dobrze oddaną postacią? Był irytujący w swoim zachowaniu, a kiedy po raz tysięczny powtarzał imię "Clarissa" najzwyczajniej w świecie miałam ochotę go uderzyć. Z drugiej jednak strony nie odczuwałam strachu przed jego osobą, co najwyżej złość. To, że każdy stalker w pewnym momencie może stać się niebezpieczny, to wiedza oczywista i może tylko dlatego pojawiało się u mnie lekkie ukłucie niepokoju, które równie szybko znikało.

Akcja jest przemyślana, jednak przez pierwsza połowę powieści strasznie mnie nużyła. Toczyła się powolnym tonem, zapewne mając na celu granie na naszych emocjach, by w drugiej wybuchnąć z całą mocą. No i po raz kolejny muszę stwierdzić, że pewne fragmenty były dla mnie najzwyczajniej w świecie naciągane. Po prostu coś mi nie pasowało, coś zgrzytało i sprawiało, że zamiast drżących z niepokoju rąk, otrzymałam uniesioną brew i pytanie "Serio?" cisnące się na moje usta. Zakończenia, niestety, się domyśliłam.... Wiem, że wymieniłam więcej wad, niż zalet tej książki, jednak oceniałam ją jako thriller. Kiedy spojrzycie na nią w innych kategoriach, otrzymacie całkiem zgrabnie napisaną powieść, którą warto przeczytać.

sobota, 7 marca 2015

Mark Billingham - Kości

Seria: Tom Thorne, tom XII
Tytuł: Kości
Autor: Mark Billingham
Wydawnictwo: Burda Książki, 2015
Oryginalne wydanie: 2014
Przekład: Robert P. Lipski
Strony: 460

Tom Thorne wraca do służby w wydziale zabójstw, znowu jest detektywem inspektorem. Ale w jego powrocie do pracy jest pewien haczyk. Stuart Nicklin, psychopatyczny seryjny zabójca manipulujący ludźmi i nakłaniający ich do morderstw, dogadał się z policją i zapowiedział, że ujawni miejsce, gdzie dawno temu pogrzebał ciało swojej ofiary. Nicklin zażądał, aby to właśnie Thorne eskortował go na miejsce zbrodni sprzed lat, odludną wyspę Bardsey u wybrzeży Walii.  Thorne podejrzewa, że w jego żądaniu kryje się coś więcej, że sadysta ma jakiś ukryty plan, który zechce wprowadzić w życie, kiedy tylko dotrą na odciętą od świata wysepkę. Postanawia jednak wykonać zlecone zadanie. Plan Nicklina jest bardziej złożony, perfidny i sadystyczny, niż Thorne mógłby się spodziewać. Inspektor będzie miał przeciw sobie nie tylko niegościnną wyspę i siły natury, ale także swoje własne sumienie, gdy przyjdzie mu dokonać wyboru, jakiego się nie spodziewał i który podda w wątpliwość wszystko, w co do tej pory wierzył… 

Na samym początku muszę wspomnieć o najważniejszym, mianowicie jest to już dwunasty tom przygód detektywa Toma Thorne'a. Nie wiedziałam o tym, gdy sięgałam po tę powieść, przez co odczuwałam lekki dyskomfort, gdyż myślałam, że będzie mi to utrudniało czytanie. Nic bardziej mylnego. Autor zadbał o to, byśmy mogli sięgnąć po ten tom serii, nie znając wcześniejszych przygód detektywa. Jeśli są jakieś odniesienia do jego przeszłości, jest to wytłumaczone, a jeśli nie, są to jedynie delikatne wspomnienia, których w wielu książkach jest na pęczki.

Fabuła powieści rozgrywa się w ciągu dwóch dni. Zaczyna się ona "z pompą", gdyż jesteśmy świadkami porwania. Nikt nie pisze kogo i przez kogo, co na początku sprawiło, ze czułam się lekko zdezorientowana, ale równocześnie zaintrygowana. Następnie przenosimy się do więzienia, gdzie poznajemy większość bohaterów książki. Wszystko wydaje się być tutaj dziwne, niezwykłe, ale przede wszystkim niepokojące. W ciągu czytania zadawałam sobie nieustannie pytania, dlaczego morderca właśnie teraz się uaktywnił, o co mu chodzi, dlaczego w to wszystko wplątany jest Tom Thorne? Zadziwiające jest to, że na odpowiedzi musiałam czekać praktycznie do samego końca, co jest dla mnie ogromnym plusem. Nie znoszę bowiem, kiedy jedno zdanie zdradza mi całe zakończenie już w połowie książki. Można powiedzieć, że akcja toczy się dość powolnym torem, ale przez czas trwania powieści byłam w ciągłym napięciu.

Klimat, który stworzył Mark Billingham jest mroczny, wzbudzający lekki dreszczyk emocji. Już od samego początku czuć grozę całej tej sytuacji. Zaskakującym faktem, a zarazem i bardzo pozytywnym, jest to, że klimat ten utrzymywał się do końca książki. Czytałam Kości z zapartym tchem, nie mogąc doczekać się, co będzie dalej, a autor nie był skory do tego, aby podrzucić mi jakikolwiek fragment układanki, a przynajmniej tak myślałam, dopóki nie zamknęłam ostatniej strony powieści. Okazuje się, że wszystko tutaj ma znaczenie, ale nawet, jeśli śledzi się uważnie kolejne zdania, ciężko wydedukować co się stanie. Można podejrzewać zarówno wszystkich, jak i nikogo, można spodziewać się wszystkiego, ale i niczego.

Największym atutem Kości jest na pewno kreacja psychopatycznego mordercy, Nicklina. Szczerze mówiąc wzbudzał on we mnie strach nawet na kartkach powieści.  Z perspektywy obserwatora wgłębiamy się w jego chorą psychikę, śledzimy dziwne zachowania, "słuchamy" jak dobrze potrafi grać na uczuciach i emocjach jego współtowarzyszy podróży i podziwiamy ich za to, że nie wsadzili mu pistoletu do ust i nie pociągnęli za spust, albo nie uciekli z krzykiem. Ja na pewno bym tak zrobiła. Przy tym wszystkim, Nicklin się świetnie bawi obserwując reakcje innych na jego komentarze. Jest to mężczyzna bardzo inteligentny, tak jak przystało na seryjnego mordercę, a do tego świetnie manipuluje otoczeniem. Jest osobą charyzmatyczną, bo w końcu wielu za nim poszło. Myślę, że na wspomnienie zasługuje też współwięzień Nicklina, Jeff Batchellor. Jest to mężczyzna, który walczy ze swoimi demonami, ale przez całą powieść nie wiedziałam, czy mu współczuć, czy go potępiać. Pozostałe postacie są raczej tłem, niewiele bowiem wnoszą do historii. 

Jeśli chodzi o głównego bohatera, czyli samego Toma Thorne'a, to w sumie nie wiem co mam o nim myśleć. Jest typowym policjantem, który jest zdystansowany do świata, podejrzliwy i nieufny, z drugiej jednak strony w pewnych momentach mnie irytował, nie rozumiałam pod koniec jego zachowania, dopóki nie przemyślałam sobie na poważnie zakończenia. Doszłam do wniosku, że jednak jest to logiczne. Poza tym myślę, że gdybym zaczęła czytać całą serię od pierwszego tomu (a na pewno to teraz zrobię), to będę mogłabym o nim powiedzieć coś więcej. Podsumowując jest to książka, którą warto przeczytać. Mark Billingham skonstruował bardzo dobry thriller, który zasługuje na to miano. Historia jest bardzo logiczna i przemyślana, a ewentualne niedociągnięcia nie utrudniają w żaden sposób czytania powieści, którą, swoją drogą, pochłania się stronę za stroną. Ja mogę Wam ją jedynie polecić.

Za egzemplarz recenzencki dziękuję

środa, 4 marca 2015

Joseph Gelinek - Dziesiąta Symfonia

Tytuł: Dziesiąta Symfonia
Autor: Joseph Gelinek
Wydawnictwo: Muza SA, 2009
Oryginalne wydanie: 2008
Przekład: Ewa Zaleska
Strony: 360

W świecie  muzycznym dochodzi do prawdziwej sensacji! Jeden z kompozytorów, Ronald Thomas twierdzi, iż odnalazł zapiski X symfonii Beethovena, mało tego, dokonał rekonstrukcji tego dzieła. Na prywatnym koncercie, na którym Thomas ją wykonuje, znajduje się między innymi młody, hiszpański muzykolog Daniel Paniagua. Zaczyna on podejrzewać iż Thomas jest w posiadaniu oryginału tego dzieła. Wkrótce Ronald zostaje zamordowany, ktoś uciął mu głowę, na której została wytatuowana pięciolinia z nutami. Młody muzykolog zostaje poproszony o pomoc, przy rozwiązaniu całej sprawy, jednocześnie zagląda wgłąb życiorysu Beethovena i odkrywa nieznane fakty z biografii tego wielkiego kompozytora.

Pisanie recenzji tej powieści nie jest dla mnie łatwe. Nie jestem bowiem fanką muzyki klasycznej, ponadto nie bardzo znam się na tych wszystkich terminach muzycznych i zapisach nutowych. Na szczęście, Joseph Gelinek, a właściwie autor, który ukrywa się pod tym pseudonimem (próbowałam znaleźć prawdziwe personalia, jednak niestety, nie udało mi się to), doskonale wszystko wytłumaczył. Nie chciałabym potraktować tej powieści zbyt brutalnie tylko ze względu na moją ignorancję w tej tematyce.

Zacznę może od tego, że z Dziesiątą Symfonią spędziłam całkiem przyjemnie czas. Książka mnie wciągnęła, akcja wartko pchała się do przodu, a nawet te opisy, o których wspomniałam wcześniej, nie sprawiały, że miałam ochotę ziewać. Jest napisana lekkim, przyjemnym językiem, nie utrudniającym czytania, powiedziałabym nawet, że zachęca do tego, aby czytać kolejne strony. Intryga, którą uknuł autor jest bardzo ciekawa. Zabrakło mi tutaj jednak pewnego elementu, mianowicie, książka nie wzbudziła we mnie szybszego bicia serca, ani tego napięcia, które czuje się podczas lektury thillera. Owszem, cała zagadka śmierci była intrygująca, ale nazwałabym jednak powieść lekkim kryminałem. Zakończenie było zaskakujące. Niewielu autorom udaje się wywieść mnie w pole, a tu proszę, jednak się udało. Ponadto szyfrowanie za pomocą nut wywarło na mnie ogromne wrażenie.

Okazuje się, że postacie w książce mogą mieć także swoje prywatne życie, kompletnie niezwiązane z wątkiem głównym powieści. Autor wprowadził tutaj elementy dnia codziennego Daniela Paniaguy oraz innych bohaterów pojawiających się w powieści. Jeśli już jesteśmy przy kreacji bohaterów, to muszę przyznać, że Joseph Gelinek sprostał temu zadaniu. Stworzył zupełnie rożne postacie, z ciekawymi charakterami. Na samym początku Daniel mnie denerwował, ale doszłam do wniosku, że jest to jedna z tych osób, które możemy codziennie mijać na ulicy: zapominalski, ale kiedy chodzi o jego "konika" to potrafi recytować w środku nocy fakty z życia Beethovena., trochę roztrzepany, ale kiedy przychodziło co do czego, to potrafił się zebrać w sobie. Kolejną rzeczą, na która chcę zwrócić uwagę jest fakt, że autor sprawnie opisuje nam wiele faktów dotyczących Ludwiga van Beethovena. Przedstawia nam jego osobę, miłostki, ale także przewijają się tutaj także inni kompozytorzy. Wspomnienie w powieści nie ominęło także samego Napoleona Bonaparte.

W Dziesiątej symfonii fakty historyczne mieszają się z fikcją literacką i tylko ktoś dobrze obeznany w temacie będzie potrafił rozróżnić, gdzie kończy się prawda, a zaczyna fantazja autora. Czy Beethoven naprawdę napisał X symfonię? Tego nikt nie wie, ale podobno mierzył się z takim zamiarem. Książka nie jest idealna, chociaż czytało mi się ją bardzo dobrze. Nie podobało mi się to, że bohaterowie mają o wiele większą wiedzę, niż czytelnik. Pierwszy raz spotkałam się z takim zabiegiem i mam nadzieję, że więcej mi się to nie zdarzy. Poza tym, tak jak już wspomniałam wcześniej, nie jest to powieść, która trzyma w napięciu tak, jak prawdziwy thiller, jeśli jednak szukacie czegoś przyjemnego, co będzie odskocznią od nieprzyjemności dnia codziennego, w takim razie zachęcam do przeczytania tej powieści.

środa, 23 lipca 2014

Linwood Barclay - Największy Lęk

Tytuł: Największy Lęk
Autor: Linwood Barclay
Wydawnictwo: Świat Książki, Warszawa 2014
Przekład: Jan Kraśko
Strony: 428


Chociaż nie mam dzieci, mogę sobie wyobrazić, ze największym koszmarem rodzica jest to, kiedy dziecko nie wraca do domu, nie odbiera telefonów, po prostu wyparowuje. Podejrzewam, że ja ciągle zastanawiałabym się, co mogłam zrobić inaczej, by temu zapobiec i nie spoczęłabym, dopóki nie znalazłabym zguby.

Tim Blake, sprzedawca samochodów, kłóci się rano z córką. Ta wychodzi do pracy, po czym nie wraca na noc. W hotelu, w którym rzekomo pracowała nikt nie słyszał o Sydney Blake. Chociaż mężczyzna zawiadomił policję, postanowił poprowadzić swoje własne, prywatne śledztwo. Odkrywa mnóstwo tajemnic, a dodatkowo dowiaduje się, że nie tylko on szuka dziewczyny. Musi dowiedzieć się w co wplatała się jego córka, zanim będzie za późno. 

Są takie książki, które czyta się jednym tchem, trzymają w napięciu i nie pozwalają na to, by odłożyć je chociażby na pięć minut. Największy Lęk jest właśnie tego typu powieścią. Przeżywałam historię Tima, tak, jakbym co najmniej sama prowadziła śledztwo. Akcja jest dobrze poprowadzona, mimo iż w pewnych momentach była dla mnie wyolbrzymiona i naciągana. Na szczęście było tego niewiele i nie utrudniało odbioru. Historia jest napisana z perspektywy pierwszej osoby, dzięki temu możemy wczuć się we wszystkie uczucia oraz emocje, które towarzyszą mężczyźnie. Przeżywa wewnętrzny koszmar, gdyż z każdym kolejnym krokiem dostaje więcej pytań niż odpowiedzi, a elementy układanki zdają się do siebie nie pasować. Czytelnik nie uświadczy tutaj nudy, gdyż ciągle coś się dzieje. Ilość tajemnic, z którymi zetknął się główny bohater jest niemal niezliczona. Książka napisana jest w iście amerykańskim stylu, pościg goni pościg, a policja jak zwykle marnie radzi sobie ze śledztwem. Zwalałabym to raczej na fakt, że nie jest zbyt zdeterminowana, co Tim nawet sam wspominał, po prostu traktują Syd jako kolejną nastoletnią uciekinierkę. Prawda jest jednak dużo mroczniejsza.

Przyznam się szczerze, że nie jestem w stanie zliczyć zwrotów akcji, gdyż były one co chwile. Element zaskoczenia znalazłam niemal w każdym rozdziale i nie zdarzyło mi się do tej pory czytać takiej książki. Zakończenia się nie spodziewałam, ale kiedy przeczytałam ją w całości i przemyślałam fabułę, to doszłam do wniosku, że wszystko układa się w logiczną całość.

Myślę, że warto sięgnąć po tą powieść. Pokazuje nam, że rodzice nie zawsze znają swoje dzieci tak jak myślą. Jest to też przestroga dla wszystkich tych, którzy nie zdają sobie sprawy z konsekwencji swoich czynów. Przeczytałam ją jednym tchem, dlatego polecam ją wszystkim fanom thrillerów.

OCENA: 5/6


LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...