Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Romans. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Romans. Pokaż wszystkie posty

sobota, 11 stycznia 2020

Nina Majewska-Brown - Tylko dla dorosłych




Tylko dla dorosłych 
Nina Majewska - Brown 
 Burda Książki, 2019

Klara wkrótce skończy 40 lat. Jest singielką, do tego zakompleksioną, a każda rozmowa z matką kończy się wypytywaniem, kiedy w końcu wyjdzie za mąż. Na tle swego rodzeństwa wydaje się być czarną owcą rodziny, co sprawia, że rzadko ją odwiedza.
W dniu urodzin przyjaciółki postanawiają zrobić jej niespodziankę i zabierają ją do SPA, a przy okazji wręczają bon na lekcje pole dance. Podczas owej lekcji nasza bohaterka upada i uderza się mocno w głowę. Kiedy dochodzi do siebie, okazuje się, że obudziła się w roku 1881! Kobieta z początku nie potrafi przyjąć do wiadomości takiego stanu rzeczy, jednak po czasie postanawia czerpać pełnymi garściami z życia, które nieoczekiwanie przyniósł jej los...

No dobra, nie jestem fanką tego typu powieści. Ponadto uważam, że motyw przenoszenia się głównego bohatera do odległej przyszłości, bądź przeszłości jest dość mocno oklepany, powielany i ciężko wnieść coś nowego. Nie oszukujmy się, marketing tutaj zadziałał, ponieważ do sięgnięcia po tę książkę skusiło mnie nic innego jak ta przykuwająca wzrok okładka. Wiedziałam, że nie mogę spodziewać się po niej nic innego jak romansidła. Czy coś takiego dostałam? Tak, ale nie jestem ani trochę rozczarowana.

Gdy czytałam opinię różnych kobiet na temat książki pani Niny, zwróciłam uwagę, iż wypowiadały się one krytycznie wobec głównej bohaterki, ale może od początku. Poznajemy Klarę, jako samotną, zahukaną kobietę, która mężczyzn ogląda tylko z daleka. Nie szuka romansu, dobrze jej, przynajmniej z pozoru, z takim życiem jakie prowadzi. Jest nieśmiała, najlepiej czuje się w swoich czterech ścianach. Przyjaciółki, próbują ją zmienić. Nie są to może panie, z którymi ja chciałabym zawrzeć jakąś bliższą znajomość (wredne babska, które patrzą jak tylko drugiej wbić małą szpileczkę w jak najczulsze miejsce), ale dla Klary chcą dobrze. Doskonale zdają sobie sprawę z tego, że z odrapanym lakierem do paznokci, czy w porozciąganych swetrach i zmierzwionych włosach Klara całkowicie traci pewność siebie, przez co ciężko jej otworzyć się na miłość. Kobieta broni się przed tym jak może, jednak kolejne zabiegi sprawiają, że w końcu zaczyna zauważać swoje atuty. Po wypadku, gdy budzi się w przeszłości, a po niedługim czasie postanawia się zabawić. Uważa, że nie ma nic do stracenia, dlaczego więc ma się ograniczać? Stwierdziła, że i tak wróci do swoich czasów, więc nic nie stało na przeszkodzie, aby mogła skorzystać z uroków życia w dawnych czasach. No i właśnie dochodzimy do sedna sprawy – przemiana Klary niekoniecznie się podobała, ale ja jestem zdania, że kobieta nie brała na poważnie tego co dzieje się wokół niej, dlatego robiła to, co skrywała głęboko z tyłu swojej głowy. Opisy miłosnych uniesień mogą wywołać rumieniec na twarzy, ale żeby nie było zbyt różowo do szału mogą doprowadzić komentarze mężczyzn i podejście „spełnieniem kobiety jest całkowicie podporządkować się mężczyźnie i urodzić mu gromadkę dzieci”. Tak naprawdę podejście tego typu płci brzydkiej spotykamy na każdym kroku w naszych czasach (XXI wiek, ogarnijcie się!)

Czy mam coś do zarzucenia tej powieści? Tak, akcja na początku się trochę wlokła, za długi wstęp, ale z drugiej strony dał nam ogląd na charakter Klary i jej koleżanek. No i końcówka, ale nie mogę zdradzić żadnych szczegółów. Poza tym książkę czytało mi się dość przyjemnie i poruszała tematy, które są w tym momencie dość na czasie – czyli feminizm, niezależność kobiet, samotność. Często boimy się, co ludzie powiedzą, przez co zamykamy się w swoim świecie i rezygnujemy ze swojego szczęścia. Ale nie powinno tak to wyglądać. Po przeczytaniu lektury naszła mnie refleksja dotycząca tego, jak wygląda życie teraz, że jesteśmy wolne i mamy prawo decydować o sobie, ale czy do końca? Czy kobieta niezależna i samowystarczalna nie budzi lęku? A czy kobieta, która jest samotna jest tak naprawdę szczęśliwa?

Ze swojej strony polecam powieść, mimo iż nie są to wyżyny literatury. Ot, taki odmóżdżacz przy gorszym dniu, bądź przy za dużej ilości stresu w życiu. Polecam jednak czytać tę powieść z przymrużeniem oka, zgodnie z radą autorki.


niedziela, 9 sierpnia 2015

Nicolas Barreau - Sekretne składniki miłości

Tytuł: Sekretne składniki miłości
Autor: Nicolas Barreau
Wydawnictwo: Bukowy Las, 2012
Pierwsze wydanie: 2010
Gatunek: Romans
Przekład: Anna Wziątek
Strony: 270

Aurelie Bredin odziedziczyła po ojcu restaurację Le Temps des Cerises. Listopadowy poniedziałek nie należał do najbardziej udanych. Smutna i zmęczona wstąpiła przypadkiem do księgarni, a w jej dłonie wpadła powieść, w której główne skrzypce gra... nic innego jak ona sama i jej restauracja. Po lekturze jest zdeterminowana, by poznać autora przezabawnej powieści, okazuje się jednak, że mężczyzna jest o wiele bardziej niedostępny, niż mogłoby się zdawać. Niezrażona, zwraca się do francuskiego wydawnictwa, by pracownicy pomogli jej nawiązać z nim kontakt. Nie wszystko jednak potoczy się po myśli Aurelie...

Jak wielu z Was wie, nie przepadam za  romansidłami.  Większość z nich mnie najzwyczajniej w świecie nudzi, a główni bohaterzy często działają mi na nerwy. Kiedy sięgałam po Sekretne składniki miłości nie miałam żadnych oczekiwań. Byłam zmęczona, więc stwierdziłam, że przyda mi się jakiś odmóżdżacz. Wyobraźcie sobie więc moje zdziwienie, kiedy zamiast zwykłego, pospolitego romansu dostałam powieść bardzo przewidywalną, jednakże niesamowicie wciągającą i lekką.  

Głównymi bohaterami powieści są Aurelie, restauratorka oraz Andre, który pracuje w wydawnictwie odpowiedzialnym za wydanie powieści Sekretne składniki miłości. Są oni ponadto narratorami przeplatających się między sobą rozdziałów. Kobieta przeżywa trudny okres, niedawno zmarł jej ojciec, a jej związek dalece odbiega od idealnego... chociaż poprawniej byłoby rzec, że odbiegał. Andre z kolei wpakował się w niemałą intrygę, z której teraz ciężko mu się wyplątać. Kiedy próbuje rozwiązać całą sprawę, jego problemy tylko się pogłębiają.

Można by się spodziewać, że będzie to powieść, w której tematyka miłości zostanie przedstawiona sztywno i poważnie. Okazuje się jednak, że nie. Romans ten jest napisany bardzo lekkim piórem i prostym językiem, a co za tym idzie, książkę czyta się błyskawicznie. Główni bohaterowie nie użalają się nad sobą... przynajmniej nie w taki sposób, jaki mógłby razić. Sekretne składniki miłości  bowiem okraszone są humorem, ponadto pomysły Andre sprawiały, że nieraz stukałam się w czoło, a jednocześnie uśmiechałam się pod nosem. Aurelie może i była lekko wyniosła i, jak na 32-letnią kobietę troszkę naiwna, jednak i ona zyskała sobie moją sympatię. Była zdeterminowana, by osiągnąć swój cel, marzycielka, oderwana od rzeczywistości, a jednocześnie zaradna. 

Fabuła powieści w moim odczuciu była oryginalna. Nie czytam jednak wielu romansów, więc może się nie znam. Nawet, jeśli domyśliłam się, jak zakończy się książka, nie odebrało mi to przyjemności z lektury. Zatopiłam się na parę godzin i przeżywałam wszystko wzloty i upadki głównych bohaterów, polubiłam ich i żyłam przez ten czas ich życiem, a przecież właśnie o to chodzi. Młody, francuski pisarz na pewno zagości częściej w mojej biblioteczce. Jeśli i Wy poszukujecie czegoś lekkiego i przyjemnego na te upały, sięgnijcie po Sekretne składniki miłości.

czwartek, 30 lipca 2015

Przegląd czytelniczy

Dzisiejsza "recenzja" będzie obejmować trzy powieści, które przeczytałam o ostatnim czasie.

Tytuł: [requiem]
Autor: Lauren Oliver
Gatunek: Dystopia
Opis: Rewolucja rozlewa się na cały kraj, oddziały rządowe śledzą i brutalnie tępią grupy Odmieńców. Jako członkini ruchu oporu Lena znajduje się w samym centrum konfliktu. Rozdarta między Aleksem i Julianem walczy o swoje życie i prawo do miłości.W tym samym czasie Hana prowadzi bezpieczne, pozbawione miłości życie u boku narzeczonego – nowego burmistrza Portland. Wkrótce drogi dziewczyn znów się zejdą, a ich spotkanie doprowadzi do bolesnej konfrontacji. 
lubimyczytac.pl

Moje wrażenia: Po lekturze książki będącej zwieńczeniem przygód Leny spodziewałam się...w zasadzie niewiele. Nie mogę więc chyba powiedzieć, że jestem rozczarowana, mimo to po skończeniu tej powieści odczułam najzwyklejszy na świecie niesmak. Moim skromnym zdaniem, autorka nie powinna pisać więcej książek. [delirium] było cudowne, nie potrafiłam się od niej oderwać, druga część nie zachwyciła mnie prawie wcale, a trzecia... [reqiem] to po prostu kolejna młodzieżówka, z płaczącą, niezdecydowaną nastolatką, która próbuje odgrywać dorosłą, waleczną osóbkę. Wprowadzenie trójkąta miłosnego to chyba najgorsza rzecz, którą Oliver mogła zrobić. W powieści tej poznajemy także losy Hany , najlepszej przyjaciółki Leny, po zabiegu. Jej historia tylko mnie nudziła. Kolejną rzeczą, którą autorka spaprała było otwarte zakończenie. Myślę, że cała ta powieść pisana była na siłę, bez jakiegokolwiek pomysłu. Tej pani już podziękujemy. 


Tytuł: Igrzyska śmierci
Autor: Suzanne Collins
Gatunek: Dystopia
Opis: Bohaterką, a jednocześnie narratorką książki jest szesnastoletnia Katniss Everdeen, która mieszka z matką i młodszą siostrą w jednym z najbiedniejszych dystryktów nowego państwa. Katniss po śmierci ojca jest głową rodziny – musi troszczyć się, by zapewnić byt młodszej siostrze i chorej matce, a już to zasługuje na miano prawdziwej walki o przetrwanie...
lubimyczytac.pl
Moje wrażenia: Książka nie jest zła, czyta się ją bowiem szybko i lekko. Pomysł autorki jest wart przynajmniej 10 punktów. Nie mogę jednak powiedzieć, by ta powieść była wybitna. Ot, takie czytadełko dla uprzyjemnienia letniego wieczoru. Być może po prostu jestem już zbyt stara na takie "dramatyczne" pomysły, albo po prostu oczekuję po książce czegoś innego, niż nastolatkowie wybijający się w pień ku uciesze gawiedzi. Co mi się nie podobało w powieści? Ano, Katniss, której kompletnie brakowało inteligencji w stosunkach z Peetą.


Tytuł: Czarne wzgórza
Autor: Nora Roberts
Gatunek: Romans, Kryminał
Opis: W malowniczej Dakocie Południowej, pośród gór i dzikich zwierząt, rozgrywa się akcja tej pięknej powieści. Wychowana na farmie Lil poznaje Coopa, nowojorskiego chłopca, będącego na wakacjach. Nigdy nie zapomną pierwszego uczucia, lecz gdy spotkają się po latach, będą już innymi ludźmi. Lil, obrończyni zwierząt, prowadzi rezerwat. Coop, detektyw, wraca na farmę dziadków, by zacząć nowe życie. Oboje nie zamierzają ulegać dawnym sentymentom. Tymczasem w rezerwacie zaczynają dziać się dziwne rzeczy: po serii niewyjaśnionych zabójstw ktoś zaczyna prześladować Lil... 
lubimyczytac.pl

Moje wrażenia: Kolejna powieść z cyklu: ona irytująca, on jeszcze bardziej. Ona go nie chce, ale on chce ją i zrobi wszystko, żeby ją zdobyć, nawet wejdzie z butami w jej życie. A w tle tego wszystkiego wątek kryminalny, który zdecydowanie leży i kwiczy. Główny złoczyńca sztampowy do bólu, główni bohaterowie oklepani, cała sceneria przesycona słodyczą... czyli wszystko to, czego nie lubię najbardziej. Końcówka przewidywalna, ale w taki sposób, który bardzo przeszkadza. Nie znalazłam zbyt wielu plusów w Czarnych Wzgórzach... a właściwie to chyba żadnego.

niedziela, 26 kwietnia 2015

S. C. Stephens - Niepokorna

Tytuł: Niepokorna
Autor: S. C. Stephens
Wydawnictwo: Akurat, 2015
Pierwsze wydanie: 2013
Przekład: Joanna Grabarek
Gatunek: Romans
Strony: 652

Ogromny, całkowicie niespodziewany sukces, jaki odniósł Kellan ze swoim zespołem, wbrew pozorom sprawia nie tylko radość, lecz także problemy. Kiera i Kellan muszą odpowiedzieć sobie na pytanie, czy ich miłość przetrwa trudną próbę, jaką jest życie w blasku fleszy i w centrum zainteresowania fanów, a zwłaszcza fanek. W dążeniu do szczęścia przyjdzie im zmierzyć się z ludzką podłością, chciwością i nieuczciwością. Światem rozrywki rządzi tylko jedno prawo – prawo zysku. Czy oznacza to konieczność rezygnacji z ideałów i szlachetnych celów? Czy dwoje młodych ludzi będzie musiało złożyć łączące ich uczucie na ołtarzu bezwzględnego show-businessu?
opis z okładki

Nie jestem romantyczką. Nie robią na mnie wrażenia łzawe historyjki, okraszone dużą ilością słodyczy. Nie oznacza to też, że unikam romansów, wręcz przeciwnie. Lubię, kiedy historia zawiera wątki miłosne, ale tylko takie, które są poprowadzone dobrze, takie które są dojrzałe. Taką książką, niestety, na pewno nie jest Niepokorna, która mnie całkowicie rozczarowała. Ilość wylewającego się z każdej strony cukru doprowadzała mnie do ataku hiperglikemii i byłam niemalże pewna, że jeszcze jedno słowo "cudowny" i "seksowny", a zwrócę wszystko, co jadłam przez tydzień. Na szczęście obyło się bez wymiotów, a skończyło się na lekkim niesmaku.

Myślę, że historia Kiery i Kellana powinna zakończyć się na Bezmyślnej. Z perspektywy czasu, mimo iż pierwszy tom cyklu nie zrobił na mnie najlepszego wrażenia, dochodzę do wniosku, że był on najciekawszym. Był najbardziej emocjonującym, uczucia tych dwojga atakowały czytelnika, Kellan i Kiera byli pełni pasji. W Niepokornej właściwie nie było zbyt ciekawej historii, nie było emocjonujących momentów, nie działo się prawie nic ciekawego. Problemy, które stworzyła autorka były dla mnie sztuczne i naciągane, a Kiera i Kellan jakby wyjęci z bajek Disneya.

Kellan stał się w końcu gwiazda rocka, cóż, było to do przewidzenia. Każda kobieta nadal pragnęła go mieć, bo jest on w końcu najprzystojniejszym mężczyzną na świecie, a potulna Kiera przestała się o to denerwować. W końcu była dumna z tego, że jej cudowny mężczyzna wzbudza takie zainteresowanie. Tak bardzo, że aż usunęła się w cień i, mimo tego, że była główną bohaterką oraz narratorką powieści, stała się zwykłym tłem dla całej historii. Tak bardzo próbowała udowodnić, że nie jest nikim specjalnym, że w końcu jej się to udało i stała się po prostu nijaka. Równie dobrze cała historia mogła być o Blagierach, gdyż to i tak oni byli ustawieni na świeczniku.

Relacje Kellana i Kiery opierały się głównie na seksie. Nie było tutaj za wiele sytuacji, w których mogli udowodnić swoją miłość,  bowiem fabuła powieści na to nie pozwalała. Głównym wątek opierał się na tym, że seksowna piosenkarka Sienna Sexton stworzyła wokół Kellana i siebie szum. Zrobiła to w najprostszy możliwy sposób - udawała, że seksowny gwiazdor rocka i ona są parą. A Kiera potulnie się na to zgadzała. Fabuła tej książki była po prostu tak infantylna i głupia, że byłam gotowa odłożyć powieść w kąt i nigdy więcej do niej nie wrócić, ale zaparłam się w sobie i brnęłam dalej. Opisy miłosnych igraszek Kiery i Kellana w pewnym momencie zaczęły budzić mój niesmak. Ileż razy można opisywać coś dokładnie tak samo? Najwyraźniej dużo. Zbyt dużo jak na mój gust. Poza tym, główna bohaterka nadal rumieniła się przy każdym słowie na "s", co było po prostu irracjonalne, bo nie miała problemu kochać się ze swoim "mężem" w autokarze pełnym rockmanów. Irytowało mnie ponadto podkreślanie na każdym kroku, że Kiera i Kellan są małżeństwem, jakby to miało największe znaczenie w ich relacji. Co do stylu powieści również mam wiele do zarzucenia. Język był zbyt prosty, jakby książkę pisała bardzo niedoświadczona osoba.

Wbrew pozorom książka ta nie była pozbawiona zalet. Na pewno dużym plusem jest to, że powieść czyta się niezwykle szybko. Jest idealną pozycją po męczącym dniu, kiedy ktoś nie może się skupić na ambitnych powieściach. Ponadto cała plejada pobocznych postaci, o wiele ciekawszych, niż główni bohaterowie, jest sporym smaczkiem. Z wypiekami na policzkach śledziłam losy relacji Anny, siostry Kiery i gitarzysty, Griffina. Podsumowując, nie ma takiej możliwości, bym kiedykolwiek wróciła do tej powieści. Bardziej mnie zmęczyła, niż sprawiła, że czułam się usatysfakcjonowana lekturą. A szkoda, bo książka miała potencjał.

piątek, 3 kwietnia 2015

Heather Graham - Legendarna posiadłość

Tytuł: Legendarna posiadłość
Autor: Heather Graham
Wydawnictwo: Burda książki, 2015
Pierwsze wydanie: 2012
Przekład: Wojciech Usakiewicz
Gatunek: Thriller
Strony: 334

Młoda historyczka, Allison Leigh, prócz tego, że wykłada na Uniwersytecie, oprowadza turystów po historycznej posiadłości. Pewnego wieczoru natrafia na zwłoki swego kolegi po fachu. Do całej sprawy zostaje zatrudniona Ekipa Łowców, oddział FBI, do którego należy Tyler Montague. Członkowie grupy wykazują zdolność do nawiązywania kontaktu ze zmarłymi. Mężczyzna prosi Allison o pomoc przy sprawie, po czym okazuje się, że zaczyna łączyć ich niezwykła więź. 

Nazwisko autorki Legendarnej posiadłości przewijało się przed moimi oczami niejednokrotnie. Nie zwracałam jednak na nie specjalnej uwagi, ale po pewnym czasie stwierdziłam, że można by przyjrzeć się bliżej twórczości pani Graham. Wiedziałam, że pisze ona książki z gatunku, który akurat lubię, więc tym bardziej postanowiłam dać jej szansę. Już na wstępie muszę się przyznać, że mam problem z tą konkretną książką, gdyż nie zaiskrzyło między nami, ale także i nie wzbudziła we mnie negatywnych emocji. Mówiąc wprost, byłam na nią zupełnie obojętna.

Sama fabuła była dość ciekawa, nie mogę jednak powiedzieć, żebym zaczytywała się w niej z wypiekami na policzkach. W Legendarnej posiadłości jest mowa o amerykańskiej historii i amerykańskim ujęciu patriotyzmu. Nie potrafiłam się wczuć w ten wątek, gdyż nie do końca mnie on dotyczy, ale autorka przedstawiła go całkiem zgrabnie. Nie przynudzała, mówiąc wprost. Ponadto sprytnie wetknęła tutaj wątek paranormalny, mianowicie nasi główni bohaterowie widują duchy, a nawet potrafią z nimi rozmawiać. Nie tego oczekiwałam po thrillerze, ale jednak wyszło to na plus. Co do reszty mam niestety więcej zastrzeżeń. Język użyty przez autorkę był prosty, zbyt prosty jak na mój gust. Zabrakło tutaj także jakichś większych opisów. Nie lubię, kiedy autor opisuje jeden kwiatek na trzy strony, ale kiedy nie ma ich prawie wcale, to także nie jest dobre. 

W większości książka składała się niemal z samych dialogów, a o postaciach występujących w powieści dostajemy szczątkowe informacje. Allison, główna bohaterka powieści nie przypadła mi do gustu. Na samym początku była opryskliwa, a tak naprawdę nie miała ku temu powodów. Z jednej strony rozumiem, że była rozgoryczona, gdyż to ona znalazła martwego Juliana, jednak bycie niemiłą i odpychającą w stosunku do kogoś, kto chce jej pomóc już nijak się nie trzymało kupy. Tyler z kolei był dla mnie zbyt przesłodzony, ale wzbudził we mnie większą sympatię dzięki cierpliwości i chłodnemu osądowi. Co do reszty postaci, uważam, że wszyscy oni, tak jak Tyler, byli zbyt przesłodzeni. Jeśli oczekujecie jakiegoś napięcia, czy mocnych charakterów, tutaj tego nie znajdziecie. 

Żeby nie było, ze nic mi się nie podobało, muszę wspomnieć o plusach tej powieści. Na pewno jednym z nich jest zakończenie, którego absolutnie się nie domyśliłam. Cały czas obstawiałam zupełnie co innego, ale Graham mnie zwiodła. Wątek romantyczny także mnie pozytywnie zaskoczył. Był lekki, przyjemny, niewymuszony, rozgrywający się na tle wszystkich wydarzeń. Autorka bardzo subtelnie wplotła go w akcję powieści, nie drażniąc czytelnika, ukazując uczucie dwojga dorosłych ludzi. Była to dla mnie bardzo miła odmiana po wszystkich tych młodzieżówkach, które doprowadzały mnie do szału. Podsumowując, powieść ta nie jest zła. Czyta się ją przyjemnie, na pewno jest świetną lekturą, gdy człowiek jest zmęczony i pragnie odprężyć mózg przy lekkiej lekturze. Nie nastawiałabym się jednak na pełen napięcia thriller, który co rusz zaskakuje i wymaga pełnego skupienia. 



piątek, 20 marca 2015

Jacqueline Carey - Strzała Kusziela

Seria: Trylogia Kusziela, tom I
Tytuł: Strzała Kusziela
Autor: Jacqueline Carey
Wydawnictwo: MAG, 2004
Pierwsze wydanie: 2001
Przekład: Maria Gębicka - Frąc 
Gatunek: Fantasy
Strony: 688

Fedra nó Delaunay jest niezwykle wyjątkową kobietą. Urodziła się bowiem ze szkarłatną plamką w oku - Strzałą Kusziela, jest ona wybranką, która jednocześnie doświadcza bólu i rozkoszy. Jako dziecko została sprzedana do jednego z Trzynastu Domów, skąd wykupił ją Anafiel Delaunay, który jako jedyny poznał jej naturę. Od tego czasu była szkolona nie tylko w sztuce miłości, ale także jako szpieg - opanowywała umiejętności patrzenia i słuchania, zapamiętywania i analizowania. Wplątana w dworskie intrygi. odkrywa spisek, który może wstrząsnąć posadami jej ojczyzny.

Opasłe tomiska to powieści, na które zawsze uważam. Uważam bowiem, że nie każdy autor jest w stanie napisać taką książkę, by przez prawie siedemset stron trzymała mnie w napięciu. Często też mam wrażenie, że niektórzy z nich nie potrafią udźwignąć intryg, które stworzyli, przez co prowadzą do szybkiego ich rozwiązania. Sprawia to jedynie, że zaczynam się irytować. Nie zawsze im więcej treści, tym lepiej dla książki. Jak było ze Strzałą Kusziela?

Na okładce możemy przeczytać, iż jest to erotyk osadzony w fantastycznym świecie. Cóż, moi drodzy, erotykiem bym tego nie nazwała, gdyż scen łóżkowych nie ma tutaj wcale więcej, niż w przeciętnych romansach. Sceny miłosne w  Strzale Kusziela odróżnia jedynie to, iż jest tutaj bardzo dużo wątków homoseksualnych, a Ferda lubi po prostu ostrzejsze zabawy. W końcu została zrodzona i wyszkolona właśnie po to, by uwodzić mężczyzn i kobiety swoją umiejętnością przeżywania rozkoszy w bólu i poniżeniu. Uważam, że autorka miała dość ciekawy pomysł. Fabuła powieści również jest intrygująca. Niektórych może razić ilość polityki, ale na tym właśnie opiera się cała książka. Sama średnio przepadam za rozgrywkami dziejącymi się w świecie władzy i ambicji, jednak mimo to, powieść czytało mi się bardzo szybko. Nie całą... jednak o tym będzie mowa za chwilę. Autorka umieściła tutaj mnóstwo bohaterów pobocznych, w których gubiłam się niemiłosiernie, na szczęście na samym początku jest spis wszystkich postaci, co pomagało mi się troszeczkę odnaleźć. Na plus zasługuje fakt, że niemal każda z nich została dopracowana w najmniejszym szczególe. Najbardziej polubiłam pana Fedry, czyli Anafiela Delaunaya.

Co mogę powiedzieć o samej Fedrze? Nie przypadła mi do gustu. W książce mamy do czynienia z narracją pierwszoosobową, a jak wiecie, nie bardzo za taką przepadam. Możemy poznać wewnętrzne odczucia bohatera, ale w ten sposób zostają zepchnięte na bok inne postacie. Królowa Kurtyzan na pewno jest wyjątkowa. Jej dar kusi, jest obiektem pożądania przez wielu wysoko postawionych, przez co trochę obrosła w piórka. Jest piękna, wszechstronnie utalentowana, spostrzegawcza, bystra i w tym wszystkim strasznie zarozumiała. Odebrałam ją jako typową Mary Sue. Okazuje się, że pod koniec książki jest ważniejsza, niż sama królowa. Tutaj muszę też przejść do drugiego bohatera tej powieści, Joseclina. Jest to młody Kasjelicki mnich, który zapałał miłością do naszej Fedry. Przez cały czas zastanawiałam się, jak taki mężczyzna mógł zwrócić uwagę na taką... irytującą kobietę. On sam wydał mi się nieśmiałym mężczyzną, trochę dziecinnym, ale uroczym. Wątek romantyczny jest poprowadzony niezbyt dobrze. Nie lubię, kiedy postaci rzucają sobie w ramiona od razu, kiedy się tylko poznają i uważają, że to wielka miłość, ale przesadzanie w drugą stronę, jak to było w tym przypadku, też nie służy niczemu dobremu.

Wspomnę teraz o tym, o czym mówiłam na początku. Uważam, że książce tej lepiej by posłużyło, gdyby została okrojona, powiedzmy, do czterystu stron. Autorka na początku wykreowała coś rewelacyjnego, coś, co czytało się z zapartym tchem i rumieńcem na policzku. Później akcja jeszcze bardziej przyspieszyła, sprawiając, że moje serce biło szybciej i nie mogłam iść spać, gdyż chciałam się dowiedzieć, co będzie dalej. Przez ostatnie dwieście stron mój zapał zmalał i odkładałam ją na półkę po przeczytaniu dwudziestu stron. Co mi się nie podobało? Rozwiązania niektórych intryg. Wszystko działo się za prosto, za szybko. Autorka podrzucała swoim postaciom pod nos niemal każde rozwiązanie zagadki, a opisy bitew były wręcz żałosne. Wyglądało to tak, jakby Carey chciała jak najszybciej doprowadzić do zakończenia całej historii.

Na wspomnienie zasługuje wykreowany świat. Jest po prostu rewelacyjny. religia miesza się z filozofią i widać, że autorka spędziła mnóstwo czasu, by dopracować każdy szczegół tła powieści. Wykorzystała do tego tak naprawdę stare wierzenia, jak i obecne, pomieszała historię ze światem fikcyjnym, a mapa świata jest po prostu mapą Europy, tylko przerobioną po swojemu, a jednak jest to coś, co mnie urzekło. Podsumowując, nie chce Wam odradzać tej powieści. Jest dobra, oceniłabym ją nawet jako bardzo dobrą, jednak ta końcówka zaważyła na mojej opinii. Myślę, że jeśli ktoś lubi mnóstwo dworskich intryg, a przy tym nie razi go odrobina pieprzu w powieści, powinien poznać Fedrę i jej historię.

niedziela, 15 lutego 2015

Federico Moccia - Trzy metry nad niebem

Tytuł: Trzy metry nad niebem
Autor: Federico Moccia
Wydawnictwo: MUZA SA, 2005
Przekład: Krystyna i Eugeniusz Kabatcowie
Strony: 422

Babi to dziewczyna z dobrego domu, grzeczna, spokojna, jedna z lepszych uczennic w szkole. Step to chuligan, bandzior, hulaka. Los sprawia, że ich drogi się krzyżują, a uczucie, które ich zaczyna łączyć jest żarliwe i gorące. Pod wpływem siebie, tych dwoje się zmienia, ona dojrzewa, on zastanawia się nad swoim życiem. Bo to prawda znana nie od dziś, że grzeczne dziewczynki lubią niegrzecznych chłopców...

Tego typu książki nie często spotykają się z moją aprobatą. Nie lubię banalności, nie lubię przesadnego romantyzmu, który najczęściej jest po prostu sztuczny. O tak, mam na myśli Love, Rosie, która, jak większość wie, nie wpasowała się w moje gusta. Jak to się więc stało, że sięgnęłam po Trzy metry nad niebem? Już wyjaśniam. pewnego wieczora leżałam w łóżku, ze znudzeniem przeskakiwałam kanały, gdy nagle mignął mi uśmiech niezwykle przystojnego aktora, którym, jak się okazało, był Mario Casas. Postanowiłam się na chwilę zatrzymać. Po dwudziestu minutach wyłączyłam. Dlaczego? Bo okazało się, że jest to film Tylko ciebie chcę, na podstawie książki pana Mocci, czyli kontynuacji Trzy metry nad niebem. Obejrzałabym go może i do końca, gdyby nie to, że pojawiło się mnóstwo wątków, których nie rozumiałam. Tak więc, stwierdziłam, że przeczytam tą powieść.

Nie wiem, co mam myśleć o tej książce. Myślałam, że to będzie kolejny, banalny romans opowiadający o miłości  dojrzewającej młodzieży. Okazało się, że jest to jednak opowieść trudna, a autor porusza w niej poważne wątki, które dotykają chyba większości nastolatków. Bunt, problemy w szkole, problemy w życiu osobistym, burze hormonów, brak jakiejkolwiek ogłady. Ukazuje to w sposób dość przyziemny, myślę, że po to, aby czytająca je osoba mogła wczuć się w skórę bohaterów powieści. Jest to na pewno duży plus, jednak ja do końca nie potrafiłam postawić się w sytuacji tych dwojga.

Na bohaterów postanowiłam poświęcić osobny akapit. Step, to chłopak, który nie uznaje żadnych zasad. Jest buntowniczy, arogancki i agresywny. Bierze udział w nielegalnych wyścigach, a do tego nie ma żadnej pokory. Jego ego i pewność siebie doprowadzały mnie do szału. Jednym słowem - koszmar każdego rodzica dorastających córek. Na początku mnie wkurzał, drażnił, miałam ochotę zamknąć go w kajdany, aby nie zbliżał się już do żadnej, porządnej dziewczyny. Chciałam odizolować go od jego patologicznych przyjaciół, potrząsnąć nim. Uważałam jego zachowanie za głupi kaprys, jeszcze głupszego gówniarza. Autor jednak zadbał o to, by dobrze umotywować jego postępowanie. Potrafiłam je po części zrozumieć, co nie oznacza oczywiście, że je pochwalałam. Babi, to już jest gorsza sprawa. Jest to dziewczynka z dobrego domu i dobra uczennica. Jeśli myślicie, że jest łagodną pannicą, to się mylicie. Tak na prawdę też jest arogancka, czasami nieprzyjemna. Odebrałam ją jako osobę zarozumiałą, która myśli, że pozjadała wszystkie rozumy. Nie to jednak mnie raziło w oczy, a jej niekonsekwencja w  zachowaniu. Mówi jedno, robi drugie. Co było piękne? To, jak pan Moccia idealnie oddał zmianę ów bohaterów. Nie była ona nagła, ale subtelna i ledwie zauważalna, tak, że dopiero na końcu książki mogliśmy dostrzec przepaść, jaka ich dzieliła od początku powieści. Widać było, jak zarówno Step jak i Babi dojrzewają i spoglądają na świat w zupełnie inny sposób.

Technicznie pan Moccia, moim zdaniem, się nie spisał. Książka pisana jest w czasie teraźniejszym, do czego zdołałam się przyzwyczaić, najgorszy był jednak chaotyczny sposób tej narracji. Gubiłam się w tym wszystkim, dodatkowo nie wiedziałam, o kim jest teraz mowa, albo kto się właśnie w tym momencie wypowiada. Przez to myślałam, że rzucę książkę w kąt po 50 stronach, jednak udało mi się to przetrwać. Przeszkadzały mi ponadto krótkie, urywane zdania, w które od czasu do czasu zostały wciskane przemyślenia postaci. Czasami musiałam się zatrzymać i przeczytać fragment jeszcze raz, aby zrozumieć o co chodzi. Ponadto w książce znalazło się mnóstwo wątków pobocznych, które wydaje mi się, nie miały do końca sensu, a także mnóstwo postaci drugoplanowych, których nie zapamiętałam nawet imion. Jedynymi takimi osobami, które utkwiły mi w pamięci była Pallina, przyjaciółka Babi i Pollo, przyjaciel Stepa.

Podsumowując, Trzy metry nad niebem nie jest powieścią złą, rzekłabym nawet, iż jest nawet niezła. Nie zrobiła na mnie jednak takiego wrażenia, jakiego zapewne oczekiwałby autor, jednak zrzucam to na karby tego, że już dawno wyrosłam z opowiastek tego typu. Jest oczywiście jedno ale. Dotyczy ono samej końcówki, która nie była dla mnie przewidywalna, a wycisnęła z moich oczu chyba hektolitry łez. Przez zamglony obraz czytałam ostatnie zdania, z mocno bijącym sercem. Teraz mam w planach sięgnąć po kontynuacje i przekonać się, jak potoczy się dalsze życie bohaterów. Ani nie polecam, ani nie odradzam tej powieści. Wszystko już zależy od Waszej wrażliwości i nastawienia do takich historii.

piątek, 30 stycznia 2015

Lauren Oliver - [delirium]

Seria: Delirium, tom I
Tytuł: [delirium]
Autor: Lauren Oliver
Wydawnictwo: Otwarte, 2012
Przekład: Monika Bukowska
Strony: 360

Miłość. Największa choroba, zakaźna, doprowadzająca do obłędu, a nawet śmierci. Amor deliria nervosa pochłonęła już niejednego, ale nie martwcie się. Istnieje lekarstwo na ten stan rzeczy. Remedium podawane każdemu mieszkańcowi Portland, gdy tylko ukończy odpowiedni wiek. Młoda dziewczyna nie może się już doczekać swojego zabiegu, nie może się doczekać, kiedy w końcu będzie szczęśliwa i spokojna. Odlicza miesiące, tygodnie, dni, jednak nawet nie wie kiedy uderzy w nią piorun. Amor deliria nervosa...

Jeśli ktoś śledzi karierę pana Christiana Bale'a, to wie, że ów aktor zagrał w filmie pod tytułem Equilibrium. Kocham ten film z całego swojego serca, widziałam go miliony razy. Jestem więcej, niż pewna, iż zdarzy mi się go obejrzeć jeszcze nie raz. Opowiada on historię pewnego kraju, zwanego Librią, gdzie wymyślono lekarstwo na uczucia. Każdego, kto odczuwał ścigano i mordowano. Dlaczego o nim wspominam? A no, gdyż pani Oliver niewątpliwie czerpała z niego inspirację przy tworzeniu swego dzieła. Na początku myślałam, że będzie to po prostu kopia, dlatego podchodziłam do tej pozycji jak kot do wody. Muszę przyznać, że myliłam się, ale dopiero po lekturze dowiedziałam się, jak bardzo. Jest to przykład książki, w której autorka udowadnia, że nawet raz przedstawiony pomysł można ukazać na nowo.

Lena, główna bohaterka powieści ma jeszcze kilka tygodni do swojego zabiegu. Nie może się go doczekać, tylko o nim ciągle myśli. W końcu nie będzie musiała odczuwać strachu przed chorobą, nie będzie musiała przestrzegać godziny policyjnej. Będzie mogła po prostu żyć. Wraz ze swa przyjaciółką, Haną, snują marzenia o swym przyszłym, nowym życiu. Na drodze dziewczyny jednak pojawia się on. Alex, chłopak, który burzy całkowicie jej światopogląd, chociaż właściwiej byłoby powiedzieć, że otwiera jej oczy, wyrywa z zaślepienia i pokazuje, co tak naprawdę jest ważne...

Książka wywarła na mnie ogromne wrażenie. Dawno żadna mnie tak nie porwała, nie uderzyła z całą swoją mocą, tak, że nie mogłam spać, gdyż musiałam wiedzieć, co będzie się działo dalej. To nie jest tandetna historyjka o miłości, jakich wiele mamy na naszym czytelniczym rynku. Jest to historia o dojrzewaniu, o buncie. Lauren Oliver napisała naprawdę dopracowaną powieść. Pod względem wykreowanego świata, nie mam się do czego przyczepić, a wręcz przeciwnie. Mogę go pochwalić. Nie mamy tutaj typowych kast, jednak podział na biednych i bogatych jest widoczny. Mieszkańcy nie mogą sami decydować o tym z kim chcą wziąć ślub, ani nawet ile maja mieć dzieci, a granice są zamknięte. Dorosłe życie zostaje z góry zaplanowane przez rząd podczas ewaluacji, ostatecznego testu przed zabiegiem. 

Najbardziej urzekło mnie to, iż książka ta jest bardzo osobistą, intymną historią Leny, nastolatki uparcie dążącej do wybranego celu, której życie w pewnym momencie po prostu runie, jak zwykły domek z kart. Przebudzenie dziewczyny nie następuje gwałtownie. Walczy sama ze sobą, a jej konflikt wewnętrzny jest zarysowany rewelacyjnie, ponadto wątpliwości, które odczuwa ona, odczuwałam i ja. W końcu odkrywa, że to, czym karmiono ją od dzieciństwa, było po prostu papką na mózg. Książka napisana jest w narracji pierwszoosobowej, ale w dość specyficzny sposób. Autorka użyła czasu teraźniejszego, co przyznam szczerze, było zabiegiem idealnym. Na samym początku mnie drażniło, jednak po czasie, doszłam do wniosku, że tylko taka forma opowiedzenia historii ma sens. Przemyśleń Leny mogłoby być troszeczkę mniej, ale nie mogę się czepiać, gdyż dzięki temu ta postać została idealnie oddana. Brakowało mi jednak troszkę bardziej scharakteryzowanych Hany i Aleksa, a zwłaszcza tego drugiego.

Sama historia jest wzruszająca. Łzy leciały po moich policzkach niejednokrotnie, a na samej końcówce zamieniło się to w cichy szloch. Ponadto autorka zadbała o specyficzny klimat powieści, trzymający w napięciu, otoczony mgiełką tajemnicy, buntu i dorastania. Podsumowując, dawno nie czytałam nic tak rewelacyjnego. Dystopia to nie jest mój ulubiony gatunek, ale sięgam po niego, gdyż za każdym razem mam nadzieję, że mnie coś zaskoczy. W tym przypadku się udało, nawet jeśli pomysł ten już został przerobiony. Obawiam się kolejnej części, nie chcę, aby zatraciła swój intymny wyraz, mam jednak nadzieję, iż tak nie będzie.

poniedziałek, 26 stycznia 2015

Cecelia Ahern - Love, Rosie


Tytuł: Love, Rosie
Autor: Cecelia Ahern
Wydawnictwo: Akurat, 2014
Przekład: Joanna Grabarek
Strony: 512

Książka była wcześniej wydana pt.: "Na końcu tęczy"

Rosie i Alex od dzieciństwa są nierozłączni. Życie zadaje im jednak okrutny cios: rodzice Alexa przenoszą się z Irlandii do Ameryki i chłopiec oczywiście jedzie tam razem z nimi. Czy magiczny związek dwojga młodych ludzi przetrwa lata i tysiące kilometrów rozłąki? Czy wielka przyjaźń przerodziłaby się w coś silniejszego, gdyby okoliczności ułożyły się inaczej? Jeżeli los da im jeszcze jedną szansę, czy Rosie i Alex odważą się ją wykorzystać?
opis z okładki

Tyle ochów i achów nie naczytałam się o żadnej, naprawdę, żadnej innej książce. Jak więc miałabym przejść obok Love, Rosie obojętnie, nie rzucić na nią powłóczystym spojrzeniem, a później nie złapać łapczywie i nie zanurzyć się w powieści Cecelii Ahern? No cóż, było mi naprawdę trudno. Niestety, spotkało mnie przykre rozczarowanie, zderzenie z rzeczywistością i przypomnienie sobie jednej rzeczy, której się trzymam: nie zawsze to, co podoba się innym, spodoba się również Tobie. Ale do rzeczy.

Ów książka napisana jest w formie listów, e-maili, rozmów na czacie i SMS-ów. Nie skupiamy się jednak na korespondencji tylko między Alexem a Rosie. Pojawia się tutaj mnóstwo postaci pobocznych, ale może o tym wspomnę później. Forma ta nie przypadła mi do gustu. Nie potrafiłam się wczuć w książkę i nie potrafiłam polubić bohaterów. Ciągle czułam, że czegoś mi brakuje, coś mi umyka. Nie satysfakcjonowało mnie dowiadywanie się o jakichś wydarzeniach ze strzępków rozmów, bądź listów. Zdecydowanie bardziej odpowiadałoby mi, gdyby były to pamiętniki. Niektóre dialogi i rozmowy były sztuczne i drętwe, zupełnie nie wiem po co wciśnięte do książki. Nie jestem w stanie ocenić tych dwojga. Nie zgadzałam się z ich postępowaniem w pewnych kwestiach, ale nie znałam także motywów kierujących nimi. Kolejna wada takiej, a nie innej formy książki.

Bohaterów mamy tutaj wielu. Poza Rosie i Alexem poznajemy Ruby, przyjaciółkę głównej bohaterki, jej siostrę, rodziców, brata, ale cóż z tego, kiedy tak naprawdę o żadnym z nich wiele nie wiemy. Owszem, są wspomniane wydarzenia z ich życia, ale to tak, jakbym czytała w gazecie, że pani ta i ta w dniu tym i tym urodziła dziecko, które nazwala tak, albo też ukradkiem czyjeś rozmowy na komunikatorze. Bardzo, ale to bardzo mi to przeszkadzało. Po drugie, sama historia dla mnie nie ma w sobie nic z romantyzmu. Nie rozumiem, jak można zmarnować tyle lat. Poza tym oboje zachowywali się jak Żuraw i Czapla z bajki Brzechwy. Niestety muszę przyznać z żalem, że w pewnym momencie Love, Rosie, czytałam już tylko po to, żeby czytać, a w drugiej połowie książki domyśliłam się już, jak się skończy. Może, gdyby autorka zwęziła tą historię o połowę, nie czułabym się taka znudzona. 

Nie mogę jednak powiedzieć, że Love Rosie to pomyłka. Znajdę tutaj kilka ciekawych aspektów. Należy do nich na pewno humor. Ironiczny, sarkastyczny, czyli taki, jaki lubię, przez co i uśmiechałam się z rozbawieniem pod nosem, zwłaszcza, gdy Rosie wymyśliła jakąś głupotę. Poza tym, książkę czyta się niesamowicie szybko. Nawet nie wiem, kiedy te 500 stron było za mną. Kolejnym plusem jest to, że rodzina Rosie otaczała się aurą wsparcia i ciepła, co sprawiało, że robiło się przyjemniej na sercu. Podsumowując, książka nie jest dla każdego. Czy żałuję, że ją przeczytałam? Wcale. Teraz mogę bez skrupułów obejrzeć ekranizację tej powieści (swoją drogą, dziwi mnie to, że tytuł ksoążki został zmieniony, ale niech będzie), a dodatkowo wiem, że mam nie tykać więcej dzieł, napisanych w takiej formie. Czy spotkam się jeszcze z twórczością pani Ahern? Nie wiem, ale trochę mnie do siebie zraziła.

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Bussines&Culture


piątek, 23 stycznia 2015

Margit Sandemo - Zauroczenie


Seria: Saga o Ludziach Lodu, tom I
Tytuł: Zauroczenie
Autor:
Axel Springer, 2007
Przekład: Iwona Zimnicka
Strony: 254

Saga o Ludziach Lodu już nie raz przewijała się gdzieś w moim życiu. Słyszałam o niej od jednej koleżanki, później gdzieś o niej czytałam, ale tak na poważnie dowiedziałam się o tej serii, gdy buszowałam w cudzych ksiązkach. Znalazłam wówczas mnóstwo, niewielkiej objętości lektur, po które niezwłocznie postanowiłam sięgnąć. Jak to zwykle bywa, z czasem jest różnie, ze zobowiązaniami czytelniczymi również, jednak znalazłam chwilę, aby zagłębić się w prozę znanej, norweskiej pisarki.

Młodziutka Silje ma niespełna siedemnaście lat i jest córką kowala, Arngrima. Zaraza, która wybuchła w 1581 roku odebrała jej całą rodzinę. Błąka się po ulicach pochłoniętego chorobą miasteczka. Nie mogła pozostać tam jednak na zawsze. Z dwojgiem przygarniętych dzieci rusza do miejsca, gdzie wydaje się jej, że będzie bezpieczna. Gorący, czerwony ogień przyciąga ją do siebie. W tej dramatycznej chwili spotyka mężczyznę, który przerażał Silje w takim samym stopniu, jak do siebie przyciągał.

Zauroczenie. Tytuł idealnie oddaje moje uczucia wobec tej krótkiej powieści. Zauroczyłam się nią, zachłysnęłam, po czym poczułam żal, kiedy książka nieuchronnie dążyła do końca. Historia Silje jest niezwykła, romantyczna, a autorka zadbała o to, byśmy dobrze spoglądali na główną bohaterkę. Urzekła mnie otoczka, która spowijała cała powieść. Mimo iż fantastyki nie było w niej wiele, wyczuwało się dziwny, tajemniczy klimat. Dałam się porwać twórczości Sandemo, zachłannie przekładając kolejne strony, nie mogąc się doczekać, jak potoczą się losy młodej dziewczyny. Co mi się podobało? To, że Silje nie była superbohaterką, która posiadała same zalety. Okazywała dużą śmiałość, nie zawsze potrafiła przemyśleć to, co robi. Była naiwna, co ukazała w jednej sytuacji, przez co było mi jej bardzo żal. Jak na kogoś, kto stracił całą rodzinę, trzymała się całkiem nieźle. Były to jednak tylko pozory. Trzymała swoje emocje na wodzy, ale czasami dawała im ujście. Było mi się z nią bardzo łatwo utożsamić. Drugą postacią, która zasługuje na wspomnienie i wyróżnienie jest ów mężczyzna, który uratował główną bohaterkę powieści. Przerażający, demoniczny, otoczony aurą zła, a jednak chował w sercu więcej dobroci, niż chciałby sam przed sobą przyznać, nawet jeśli nie uratował Silje z altruistycznych pobudek.

Mamy do czynienia z romansem, jednak autorka zadbała o to, by miłość nie przysłoniła obrazu ówczesnego życia. Spotykamy więc Benedykta, malarza,  u którego Silje zamieszkała wraz z dwójką przygarniętych dzieciaczków, Hemminga, który chełpił się swą osobą, codzienne zwyczaje i obyczaje jakie wówczas panowały. Uśmiech lgnął na me usta, gdy wspominano historię "zwierzoczłeka" i to, jak odpędzano tego "demona" poprzez przeżegnanie się. Z drugiej strony, kiedy było źle, wtedy właśnie on zjawiał się na pomoc, a mieszkańcy nie odmawiali jej przyjęcia. Jednym z niewielu minusów była historia pewnej szlachcianki, która została niedokończona. Uważam, że wciśnięto ją na siłę, ale może ma ona jakiś ciąg dalszy w następnych tomach sagi.

Uczucie rodzące się między mężczyzną a Silje (celowo nie zdradzam imienia, aby nie psuć radości z czytania) nie wybucha od razu. Pojawia się delikatnie, spokojnie, by w końcu uderzyć z całą mocą i oszołomić tych dwoje. Przyznam się szczerze, że jest to jeden z najlepiej skonstruowanych wątków miłosnych, z jakim miałam do czynienia w literaturze. Jest delikatny, niewymuszony, nie atakuje nas od razu. Sami bohaterowie dopiero z czasem zaczynają się orientować w tym, co się dzieje między nimi. Nie sądziłam, że ta książka mi się spodoba. Co do romansów jestem wymagająca i nie lubię nic płaskiego i pustego. Tutaj otrzymałam wszystko wyważone w idealnych proporcjach, oprawione przyjemnym językiem i ciekawymi bohaterami. Na pewno sięgnę po następne części, Wam także polecam tę lekturę.

poniedziałek, 27 października 2014

Corina Bomann - Wyspa Motyli


Tytuł: Wyspa Motyli
Autor: Corina Bomann
Wydawnictwo: Otwarte, 2013
Przekład: Paulina Filippi-Lechowska
Strony: 464

Wielokrotnie powtarzałam, ze nie lubię odkładać niedoczytanych książek. Zawsze wtedy mam dziwne uczucie pustki, w końcu nie po to zaczynam czytać, aby ot tak porzucić opowieść w połowie. Czasami jednak po prostu nie jestem w stanie czegoś przeczytać do końca. Po prostu patrzę na literki i zastanawiam się, co autor miał na myśli, bądź dlaczego wszystkim się to podoba, tylko nie mi?  Patrząc po ocenie tej książki na LC, powinnam być niemalże zachwycona tą lekturą. Przykro mi, ale nie. Nie dałam za nią na szczęście dużo, kupiłam ją bowiem z gazetą za niecałe dwanaście złotych, co tak naprawdę osłodziło mi gorycz po rozczarowaniu tą lekturą.

Diana to wzięta prawniczka. pewnego dnia dowiaduje się, że jej mąż ją zdradza. W tym samym czasie Emmely, jej ciotka ma kolejny uraz i możliwe jest, że nie przeżyje kolejnych dni. Bez słowa, Diana pakuje swoje rzeczy i wyjeżdża do Anglii. Na łożu śmierci ciotka wyjawia jej, że ich rodzina skrywa wielką tajemnicę, a kobieta musi ją odkryć kawałek po kawałku. Wyjeżdża zatem na Cejlon, gdzie próbuje rozwikłać zagadkę...

Co mam do zarzucenia "Wyspie Motyli"? Właściwie to, mówiąc kolokwialnie, że jest nudna, jak flaki z olejem. W tej książce niemalże nic się nie dzieje! Czytałam o kolejnych poczynaniach naszej wziętej prawniczki i w sumie... nic, kompletnie nic. Z natury jestem wścibska, więc powinnam rzucić się na tą książkę i jej nie odkładać, aby dowiedzieć się, cóż to za wielka tajemnica i klątwa ciąży na tej rodzinie, jednak autorka ani trochę nie wzbudziła we mnie instynktu detektywa. Czytałam po dwie, trzy strony i odkładałam ją na półkę, by znów po pół godziny do niej wrócić. Po tygodniu męczarni stwierdziłam, że to jest gra nie warta świeczki.

Historię poznajemy poprzez opis poczynań Diany oraz poprzez opis życia Grace i Victorii, dwóch sióstr, z których Grace była prapraprababką prawniczki. Doprowadzało mnie to do szału, wolałabym abyśmy poznawali całą tajemnicę łącznie z główną bohaterką. Cóż to za przyjemność, kiedy my dowiadujemy się więcej, niż sama zainteresowana? Nie wiem, może Wam coś takiego pasuje, ale mi ani trochę. Czy zżyłam się z jakąkolwiek bohaterką? Ani trochę. Jak dla mnie jedynie Grace miała odrobinę charakteru, pozostałe były w sumie wciśnięte po to, aby było. Diana to jedna z takich postaci, których nie lubię. Czemu? Bo zachowuję się irracjonalnie. Kobieta ma prawie czterdzieści lat, a do tego jest prawniczką, a kiedy okazało się, że mąż ją zdradza po prostu uciekła, nawet z nim nie rozmawiając. Dianą targały emocje, rozwaliła cały pokój ze złości, by później się okazało, że po prostu uczucie między nimi wygasło. Mi się wydaje, że gdyby nic do niego nie czuła, nie zachowałaby się jak furiatka i nie wzbudziłoby to w niej takiego gniewu.

Co jeszcze mi się nie podobało? Wiele rzeczy, brakłoby mi miejsca, aby wszystko spisać. Myślę, że muszę też wytknąć sposób, w jaki autorka opisywała kolejne podpowiedzi. Nie podobało mi się to, że lokaj rodziny, pan Green, podkładał wskazówki. Wolałabym nie być w to wtajemniczona, kompletnie mi to nie pasowało. Do tego czułam się tak, jakby autorka musiała prowadzić mnie za rączkę i nie pozwoliła samej odkrywać zagadki. Ponadto wiele czytelniczek rozpisywało się na temat pięknych, malowniczych opisów. Cóż, ja ich nie zauważyłam.

Mimo iż uważam, że książka jest słaba, a nawet gorsza, są też plusy.  Właściwie jeden. Na początku pani Bomann zadbała o tajemniczy, niemalże fantastyczny klimat książki. Przez chwilę czułam się, jakbym zatopiła się w ten świat, jakby rodzinny sekret pochłonął i mnie. Niestety, nie trwało to długo. Dość tego narzekania. Nie chciałam tak bardzo skrytykować tej książki, jednak naprawdę nie znalazłam w niej wiele do zachwalenia... Może Wam się spodoba, jednak w moim odczuciu szkoda marnować na nią czas.

sobota, 25 października 2014

Jeaniene Frost - Jedną nogą w grobie

Seria: Nocna Łowczyni, tom II
Tytuł: Jedną nogą w grobie
Autor: Jeaniene Frost
Wydawnictwo: MAG, 2011
Przekład: Anna Reszka
Strony: 392

Cat Crawfield, półwampirzyca i morderczyni nieumarłych pracuje teraz jako agentka specjalna dla rządu. Nadal nie zrezygnowała ze swojego hobby, czyli mordowania złych wampirów i ghuli. Minęło cztery lata odkąd ostatni raz widziała Bones'a. Okazuje się jednak, że Cat, Ruda Kostucha, staje się obiektem łowów płatnych zabójców i tylko on może jej pomóc...

Pierwsza część bardzo mi się podobała. Oczywiście, że zaopatrzyłam się we wszystkie wydane w Polsce egzemplarze, ale teraz się zastanawiam, czy dobrze zrobiłam. Jedną noga w grobie wzbudziła we mnie skrajne emocje, od zniesmaczenia po rozbawienie. Kiedy w pierwszej części Cat była zwykłą dziewczyną, tak w tej stała się zwykłą, niezwyciężoną zabijaką. Rozumiem, że autorka chciała pokazać, jaką transformację przeszła główna bohaterka, jednak do mnie to nie przemawiało. Wiele razy powtarzałam, że lubię twarde babki, ale nie takie. 

Relacja Bones-Cat też straciła na wartości. Ta chemia, którą wyczułam czytają pierwszą część, w tym momencie zamieniła się w coś wulgarnego, opartego tylko na jednym. Wiele razy powtarzali sobie, że się kochają, ale brakło mi tego czegoś. Sceny erotyczne, właściwie jedna scena erotyczna, była dla mnie przesadzona i niesmaczna. No, ale są gusta i guściki. Myślę, że autorkę trochę poniosło...

Postacie drugoplanowe były słabo widoczne. Byłoby miło, gdyby Jeaniene Frost poświęciła trochę więcej Tate'owi, albo Juanowi. Relacja z Noah była dodana jakby z musu, aby wszystko się ładnie układało. Nawet o kocie było za mało! Denise, przyjaciółka Cat była tylko tłem powieści, która pojawiła się tylko po to, aby autorka mogła wepchnąć spotkanie Bones'a z naszą agentką.

A teraz kilka słów na obronę tej książki. Akcja brnie do przodu, nieustannie coś się dzieje, nie ma żadnych przestojów. Czyta się ją niesamowicie szybko, skończyłabym ją w dwa wieczory, gdybym się troszeczkę nie rozleniwiła. Dodatkowo Bones... nie dziwię się, że Cat tak bardzo za nim szalała. Bawiłam się przednie, gdy przystojny wampir spotykał się z matką półwampirzycy. Te ich kłótnie były interesujące.

Po następną część też sięgnę, skoro już ją kupiłam. Myślę jednak, że muszę zrobić sobie przerwę od tego typu książek, gdyż mój mózg jest zdecydowanie przeładowany niewymagającą lekturą o zjawiskach paranormalnych. Potrzebuję teraz prawdziwego, klasycznego fantasy...

sobota, 4 października 2014

S.C. Stephens - Swobodna [przedpremierowo]

PREMIERA 22 PAŹDZIERNIKA 2014

Tytuł: Swobodna
Autor:




Przyznam się szczerze, że po lekturze Bezmyślnej miałam pewne obawy co do Swobodnej. Bałam się, że Kiera znów będzie zachowywać się jak idiotka, krzywdząc wszystkich dookoła. Cóż, na samym początku nadal wyciekała z niej dziewczynka, która udawała kogoś, kim nie jest. Nadal rumieniła się, na słowo na S, chociaż wcale taka grzeczna nie była. Kiera jednak w trakcie tej książki uczyła się siebie, dojrzewała i doroślała, dlatego teraz spoglądam na nią nieco przychylniejszym okiem. Ponadto Kiera uczy się żyć dla siebie, a nie dla kogoś. Przecież życie nie polega na tym, że pełnym się jest tylko, gdy druga połówka jest obok i nie kończy się wtedy, kiedy on/a wyjeżdża.

Ta część traktuje o zupełnie czymś innym, niż trójkąty miłosne, jest dojrzalsza i porusza tematy, które są ważne dla wielu osób będących w związku. Jest to kwestia zaufania. Kiedy ludzie, którzy się kochają, nie ufają sobie, czy coś z tego będzie? Ponadto, kiedy związek zaczyna się tak naprawdę od zdrady, czy jest w stanie przetrwać próbę czasu? Wydaje mi się, że Kiera nadal szukała sobie problemów na siłę, jednak już trochę mniej. Za to Kellan otaczał się murem, a każdą cięższą dyskusję próbował zastąpić seksem. Mimo to był słodki. Był tak słodki i kochany, że niemal zazdrościłam tej dziewczynie, że to właśnie ją obdarzył uczuciem. Niestety, był tak idealny, że nie uwierzyłabym, iż ktoś taki mógłby żyć w prawdziwym życiu, a to jest lekki minus. W końcu ja lubię postacie, które mogę sobie wyobrazić stojące obok mnie.

W tej części autorka postanowiła skupić się także na wątku Anny i Griffina, który swoją drogą, bardzo mnie zaskoczył. Kiera troszkę mnie drażniła swoim podejściem do tego rockmana. Sama nie była cnotką, a potępiała go niemal za wszystko (za pewne rzeczy oczywiście, że mu się należało). Z kolei ja polubiłam tego chłopaka, ma spaczone poczucie humoru, tak samo jak i ja i myślę, że świetnie bym się z nim dogadała.

Podsumowując, tę część wszystkim polecam. Na początku ciężko jest przebrnąć przez nudne opisy codziennego życia (które zdarzyło mi się opuścić), później akcja się rozkręca i wszystko staje się ciekawsze. W pewnych momentach trzyma w napięciu, bo nie wiadomo co zrobi Kellan, lub co zrobi Kiera. Porusza jakąś strunę w środku nas, gra na duszy i uczuciach. Tym razem pani Stepehns zaserwowała kawałek bardzo dobrego romansu.

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Bussines&Culture oraz wydawnictwu MUZA

piątek, 26 września 2014

Kiera Cass - Elita

Seria: Selekcja, tom II
Tytuł: Rywalki
Autor: Kiera Cass
Wydawnictwo: Jaguar, 2014
Przekład: Małgorzata Kaczarowska
Strony: 328
 
Z 35 dziewcząt, które przybyły do pałacu na Eliminacje zostało jedynie 6. Jest w nich również America Singer, która postanowiła zawzięcie walczyć o serce księcia Maxona. To z tej szóstki zostanie wyłoniona przyszła królowa. Niestety, uwielbienie Maxona do dziewczyny nie wystarczy, gdyż król nie aprobuje wyboru syna. America robi coś, co nie podoba się potencjalnemu teściowi. Czy mimo to, ma szansę?

Na Waszych blogach pisałyście, ze Elita jest gorsza od Rywalek. Ja uważam inaczej, mi bardziej podoba mi się drugi tom tego cyklu. Nie jestem w stanie stwierdzić, dlaczego. Może z tego powodu, iż skończyło się bezgraniczne uwielbienie do Ami, może to, że dziewczyna wreszcie pokazała swój charakterek, a może też dlatego, że w tej części było o wiele więcej akcji, niż w Rywalkach. Ataki rebeliantów na pałac stały się częstsze, co naprawdę sprawiało, że krew szybciej krążyła w moich żyłach. Właśnie takich momentów wyczekiwałam w tej książce, a nie tylko bajecznych sukni i rozterek miłosnych.

A co do rozterek miłosnych... były one co najmniej dziwne. Nie rozumiem Ami, sama nie potrafi się zdecydować, którego mężczyznę woli. Czy Aspena? Młodzieniec jest teraz gwardzistą w pałacu i, mimo iż Ami zna zasady, urządza sobie z nim schadzki. Moim zdaniem trochę go tym zwodzi. A Maxon? Nie powinna chyba mieć ataków zazdrości, skoro sama do końca nie jest z nim szczera. Nie potrafię zrozumieć także tego, dlaczego po prostu z nim nie porozmawia o tym co czuje lub myśli.To był największy minus tej części.

Aspen i Maxon są mężczyznami z dwóch rożnych światów. Którego wolę? W tej części chyba żadnego. Albo oboje. Nie umiem się zdecydować, gdyż Aspen jest taki stanowczy i męski, za to Maxon na pewno byłby dobrym królem, ponadto jest po prostu słodki, ale chyba nie tego się oczekuje od mężczyzny. Bardzo się ucieszyłam, że autorka postanowiła pokazać nam więcej tego pierwszego, gdyż tego właśnie zabrakło w pierwszej części książki.

Książka jest w pewnych momentach przesłodzona, by później autorka wyrównała to brutalnym opisem. Przyznam się szczerze, że w momencie aż zacisnęłam zęby z żalu. Podobało mi się także to, że Kiera Cass postanowiła nas bardziej wdrożyć w historię kraju, poprzez pamiętniki Gregorego Illei. Przyznam się szczerze, że każdy taki fragment czytałam z wypiekami na twarzy. I tak, jak się spodziewałam, okazuje się, że idealny władca wcale nie jest taki... idealny.

Elita tylko wzbudziła mój apetyt na następną część. Całe szczęście, ze kupiłam od razu cała trylogię, bo inaczej umierałabym z ciekawości. Czy polecam? Jasne, polecam jak najbardziej. Myślę, że nie będziecie zawiedzeni przy czytaniu Selekcji. Myślę jednak, ze należy brać serię z dużym dystansem i przymrużeniem oka, bo dopiero wtedy można czerpać z niej pełną przyjemność.

wtorek, 23 września 2014

Kiera Cass - Rywalki


Seria: Selekcja, tom I
Tytuł: Rywalki
Autor: Kiera Cass
Wydawnictwo: Jaguar, 2014
Przekład: Małgorzata Kaczarowska
Strony: 336

Kiedyś, z nudów, załączałam MTV, czego teraz nie robię nawet, gdy umieram od nic nie robienia. Leciały tam wszelkiego rodzaju programy, które z muzyką niewiele miały wspólnego. Najbardziej zapamiętałam dwa: Rock of Love oraz Daisy of Love. Były to reality show, w których główna postać szukała miłości. Cóż się tam nie wyrabiało... zazdrość, kłótnie, całowanie, jednym słowem granie na uczuciach i emocjach. Nie sądziłam, że ktoś przeniesie ten pomysł na kartki książki.

Rozpoczęły się Eliminacje, konkurs, w którym książę Maxon spośród 35 kandydatek wyłoni swoją małżonkę. Dla większości z nich jest to szansa na lepsze życie, gdyż są to zwykłe dziewczyny z ludu. Kastowe podziały zanikają w Pałacu, gdzie wszystkie zostają umieszczone. Od tego czasu każda traktowana jest jak księżniczka. Wszystkie dziewczyny cieszą się z szansy danej od losu. Wszystkie, prócz Americi Singer. Dziewczyna jest 5, pochodzi z kasty artystów, ma swojego ukochanego Aspena i nie obchodzi jej możliwość wyjścia za mąż za księcia. Dla rodziny decyduje się jednak wziąć udział w Eliminacjach. Gdy przekracza pałacowe mury w głowie zaczyna jej krążyć myśl, czy na pewno pragnie opuścić wyścig o koronę?

Miałam nie kupować Rywalek. Miałam poczekać, aż przejdzie szał na tą pozycję i dopiero wtedy jej poszukać. Niestety, a może właśnie stety, nie udało się. Książką byłam zauroczona, zanim ją przeczytałam, a wszystko to za sprawą bajecznej okładki, opisu oraz recenzji, które co rusz pojawiały się na Waszych blogach. Spędziłam z tą książką dwa wieczory, a moje odczucia są pozytywne. Nie obyło się jednak bez wad, ale o tym zaraz.

Na początek wspomnę o fabule, która bardzo mnie urzekła. Autorce udało się zaczerpnąć inspirację z tandetnych show, ogłupiających młodych ludzi. Pokazała, że nie każdej dziewczynie chodziło o miłość, niektórym bowiem zależało jedynie na sławie, uwielbieniu i koronie. Świat wykreowany przez Kierę Cass również mi się spodobał. Wszystko dzieje się po Czwartej Wojnie Światowej, w stosunkowo młodym kraju, który nazywa się Illea. O ile się nie mylę, jest to dystopia, a ja pierwszy raz mam do czynienia z takim gatunkiem literatury. Pomysł z kastami społecznymi był strzałem w dziesiątkę. Czyż w końcu na świecie nie ma krajów, w których taki system funkcjonuje? Ponadto ataki rebeliantów na pałac dodają całości smaczku.

America wydała mi się  osobą dobrą i uczynną, myślącą przede wszystkim o innych, a dopiero na końcu o sobie. Czego mi w niej zabrakło? Takiego pazura, którego pokazała przy pierwszym spotkaniu z Maxonem. Samego księcia polubiłam chyba najbardziej. Jest młody, nieobyty, ale czy nieśmiały? Tego chyba nie potrafię stwierdzić. Na pewno cała ta sytuacja go przerasta, chyba nikt nie lubi być naciskany, zwłaszcza, jeżeli chodzi o uczucia. Poza tym, weźmy pod uwagę też, iż są to jego pierwsze doświadczenia z kobietami. I tak, moim zdaniem, zachowuje się szarmancko. Jeśli chodzi o ukochanego Ami, Aspena, to nie mam o nim kompletnie zdania. Jest zepchnięty na bok książki i, w zasadzie, dochodzę do wniosku, że mogłoby go nawet nie być, bo w pewnym momencie całkiem o nim zapomniałam.

Uważam, że było tutaj za mało akcji. Książka toczy się pomału, nie ma tu jakichś specjalnych zwrotów, ani takiej prawdziwej walki między kobietami o mężczyznę (bądź koronę). Można to zrzucić na karby tego, że całą historię poznajmy z punktu widzenia Americi, która nie wchodzi specjalnie w konflikty. Szkoda też, że zarysowane zostały tylko dwie dziewczyny z trzydziestu pięciu, mianowicie Merlee oraz Celeste. Ta druga jest zdecydowanie czarnym charakterem w powieści. I jeszcze jeden minus, za mało mowy było o świecie, w którym toczy się akcja, mimo to potrafiłam się w nim odnaleźć. Książkę polecam, naprawdę polecam. Jest przyjemna, czyta się ją szybko, jednak jest to raczej historia rozrywkowa, która ma umilić kilka godzin życia. Nie spodziewajcie się fajerwerków, raczej czegoś przyjemnego i rozluźniającego.

niedziela, 14 września 2014

S. C. Stephens - Bezmyślna


Tytuł: Bezmyślna
Autor: S. C. Stephens
Wydawnictwo: Akurat, 2014
Przekład: Joanna Grabarek
Strony: 670

"To jest nasza gra... w tę i we w tę, bez końca. Chcesz mnie, chcesz jego. Kochasz mnie, kochasz jego. Lubisz mnie, nienawidzisz mnie. Chcesz mnie, nie chcesz mnie, kochasz mnie i zostawiasz mnie."
str. 656

W wyzwaniu 30-days Book Challenge było pytanie o książkę, którą się jednocześnie kocha i nienawidzi. Wówczas nie potrafiłam w żaden sposób odpowiedzieć na to pytanie, ponieważ albo daną lekturę lubiłam, albo nie. W tym momencie wiem, że taką jest właśnie Bezmyślna autorstwa S. C. Stephens. Pochłonęłam ją jednym tchem, nie bez emocji, nie bez wkurzania się i nie bez przeklinania. A jednak miała w sobie coś, co mnie do niej przyciągnęło. 

Kiera Allen to młoda studentka. Wraz ze swoim chłopakiem, Dennym, przeprowadza się do Seattle. Są ze sobą szczęśliwi, on właśnie dostał staż w znanej firmie reklamowej, a ona dostała się na tutejszy uniwersytet. Zamieszkują u jego przyjaciela Kellana Kyle. Denny niestety na dwa miesiące musi wyjechać, a nieprzewidziana rozłąka co raz mocniej ciąży Kierze. Pewnej nocy jej relacje z przyjacielem chłopaka przekraczają granice i para ląduje w łóżku. Życie bohaterów już nie jest takie samo, a ona sama musi zdecydować, co robić dalej.

Wiecie co? Nie lubię, kiedy największym minusem książki jest główny bohater, czy bohaterka. W tym przypadku, niestety, właśnie tak było. Dlaczego? Już odpowiadam, postaram się jednak nie rzucać zbytnio inwektywami. Kiera to osoba... głupia. Po prostu głupia. Do tego przesłodzona do cna. Na samym początku pozuje na osobę nieśmiałą, do tego skromną i niewinną. Rumieni się za każdym razem ktoś wypowie słowo na S. Do tego nawet nie przeklina. W rzeczywistości jest rozwiązła. I to bardzo! No, bo wybaczcie, ale nie rozumiem dziewczyn, która przeskakuje z jednego łóżka, do drugiego, obiecując każdemu cudowne życie u swego boku. Och, jakże to wygodne, że cała trójka mieszkała pod jednym dachem. Do tego, czy istnieje coś takiego, jak przyjacielski flirt? Według Kiery tak i nie zdawała sobie sprawy z tego, jak takimi intymnymi gestami jak dotyk, czy przytulenie mogła ranić Kellana. Zachowywała się jak żmija, która owija się wokół nogi, aby kąsać, wysysać siły, nie biorąc pod uwagę tego, że swoim zachowaniem krzywdzi innych. Wykorzystywała ich oboje. O tak! Jeden był piękny i uroczy, wzbudzał w niej pasję, pożądanie i seks z nim był świetny. Drugi natomiast był ostoją i bezpieczną przystanią. Któż nie chciałby tak żyć? Za pierwszym razem, kiedy zdradziła swego "ukochanego" chłopaka,  jeszcze potrafiłam ją zrozumieć. Nie pochwalałam jej postępowania, ale potrafiłam zrozumieć. Rzuciła dla niego wszystko, a on tak po prostu wyjechał, do tego jeszcze przyjął pracę daleko od niej. Upiła się i nie panowała nad sobą. Jednak to co działo się potem... cóż. Nie będę tego komentować, przekonajcie się sami.

Teraz wezmę w obroty Denny'ego. Nie mam o nim za wiele do powiedzenia, gdyż niknął w tłumie. Autorka kompletnie nie skupiła się na tym, aby go dobrze scharakteryzować. Był misiowaty, przesłodzony, bezgranicznie zakochany w swej niewiernej dziewczynie. Nie przypadł mi do gustu. Nie lubię mężczyzn, którzy nie potrafią w żaden sposób odmówić swojej partnerce, w których brak tego ognia, żaru. Gdyby Kiera ciągle nie jęczała nad Dennym, w ogóle zapomniałabym o tej postaci. Nie to co Kellan. Miał wszystkie cechy, których brakowało Denny'emu. Był zabawny, a kiedy trzeba potrafił być podły. To on wiódł prym w tej książce. Jako miejscowa gwiazda rocka, miał mnóstwo kobiet na wyciągnięcie ręki, dlatego wciąż nie mogę uwierzyć, że ulokował swoje uczucia w... takiej dziewczynie.

Książka jest napisana poprawnie językowo, przyjemnie się ją czytało, jeśli tylko potrafiliśmy się wyłączyć na bezmyślność Kiery. Powinniśmy się w zasadzie tego spodziewać, ponieważ sam tytuł świadczy o głównej bohaterce. Ciągle żyję nadzieją, że autorka specjalnie zrobiła z Kiery taką idiotkę (wybaczcie mi, że ją tak wyzywam, ale naprawdę nie mogę...), dlatego starałam się patrzeć na to przez palce i naprawdę czerpać przyjemność z czytania. W pewnych momentach miałam tylko dość tej słodkości wylewającej się z co drugiej strony i użalania się nad sobą Kiery. Nie znalazłam w tej dziewczynie nic pozytywnego, a uwierzcie mi, starałam się, jak mogłam.

Bezmyślna to pierwszy tom serii. Szczerze mówiąc, nie mam pojęcia co może dziać się dalej. Czy przeczytam? Jasne, jak najbardziej. Jestem ciekawa, co autorka wymyśli w dalszych częściach. Poza tym książkę, mimo mojej recenzji, czytało mi się przyjemnie, o czym na pewno świadczy fakt, że przeczytałam 670 stron w 3 dni. Po prostu musiałam, nabrać dużo, ale to naprawdę dużo dystansu do głównej bohaterki.

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Bussines&Culture oraz wydawnictwu MUZA

piątek, 12 września 2014

Jeaniene Frost - W pół drogi do grobu


Seria: Nocna Łowczyni
Tytuł: W pół drogi do grobu
Autor: Jeaniene Frost
Wydawnictwo: MAG, 2011
Przekład: Anna Reszka
Strony: 438

Książki, które kupuję przez przypadek na promocji ostatnio okazują się strzałem w dziesiątkę. Z W pół drogi do grobu było tak samo, z tym że oczywiście najpierw kupiłam drugi tom tego cyklu. Na szczęście udało mi się łatwo przeszukać księgarnie internetowe i zdobyć pierwszy tom za, naprawdę, grosze. Czy spodziewałam się czegokolwiek po tej powieści? Nie, zupełnie nie. Nie wiedziałam, czy mi się spodoba. Lektury z gatunku paranormal rzadko znajdują się w mojej ręce, wolę klasyczne fantasy. Jeaniene Frost jednak sprawiła, że przestałam patrzeć na nie, aż tak krytycznym okiem.

Catherine Crawfield to półwampirzyca. Cat jest córką wampira, który zgwałcił jej matkę. Zniszczył tym on tym jej życie. Młoda kobieta postanowiła więc zemścić się na każdym przedstawicielu tego gatunku. Jak się można domyśleć, morduje ich bez wyrzutów sumienia. Podczas kolejnego nocnego wypadu na polowanie, poznaje Bonesa, łowcę głów. Wampir zmusza ją do współpracy, trenuje ją, by osiągnęła dobrą formę. Okazuje się, że życie jako mieszaniec ma swoje zalety. Musi sobie także odpowiedzieć na pytanie, czy wszystkie wampiry naprawdę są złe?

Gdy wzięłam po raz pierwszy do rąk tą książkę (tak, tak, oczywiście, że nie czytałam opisu, gdy ją kupowałam), stwierdziłam, że autorkę chyba poniosło, ponieważ coś takiego jak półwampir raczej nie ma prawa bytu. Skrzywiłam się w dziwacznym grymasie, ale jak powiedziało się A, to trzeba powiedzieć i B.Pani Frost na szczęście zgrabnie opisała, jakim cudem było to możliwe, więc i ja przestałam się krzywić.

Oglądaliście Buffy? Ja tak, nałogowo. Uwielbiałam ten serial, niecierpliwie czekałam na kolejne odcinki. Jak się okazuje, W pół drogi do grobu była o wiele lepszą rozrywką, niż blondwłosa pogromczyni. Obie polowały na wampiry, jednak Cat jest przynajmniej zabawna. Akcja  powieści rwie się do przodu, ciągle się coś dzieje. Zupełnie nie ma czasu na nudę. A to łowczyni morduje kolejnego krwiopijcę, albo ucieka przed nim, albo kłóci się z Bonsem, albo flirtuje z tym panem... Przesycona seksualnymi podtekstami... i nie tylko. Powietrze między tymi dwojgiem jest tak naelektryzowane, że aż je czułam czytając kolejne strony. Dawno nie spotkałam się z tak dobrze nakreśloną relacją między dwojgiem bohaterów.

Prócz dobrego opisu relacji, autorka zadbała o samych bohaterów. Są bardzo charakterystyczni. Bones to facet, który nawet mi by się spodobał. Nie użala się nad sobą, jest twardy, charyzmatyczny i zaradny. A Cat? Chociaż sama twierdzi, ze jest grzeczną dziewczynką, na pewno do takich nie należy. Wręcz przeciwnie. Nazwałabym ją twardą babką z jajami większymi, niż niektórzy faceci. A wampirze umiejętności, dodają tylko smaczku całej tej postaci. Postacie drugoplanowe są naprawdę tylko tłem tej powieści, ale w żaden sposób to nie przeszkadza w odbiorze.

Cała fabuła jest jak dobry kryminał. Autorka zadbała o ciekawa intrygę, chociaż może trochę sztampową. Znikają młode dziewczyny, a Bones próbuje się dowiedzieć, kto za tym stoi. Tropi grubą rybę, ale Catherine wtrąca się w to wszystko bez pytania. Ich pierwsze spotkanie nie należy do najprzyjemniejszych, ale jest... moim zdaniem genialne. Razem pracują, stają się sobie bliscy, a przy okazji odkrywają kolejne części układanki. A wszystko to okraszone świetnym, czarnym humorem, do którego trzeba mieć dystans.

Nie obyło się oczywiście bez minusów. Jeden z nich to sama Cat, która w pewnych momentach zachowywała się niezrozumiale dla mnie, ale miała świetną osobowość, dlatego jestem w stanie jej to wybaczyć. Drugim z nich jest zakończenie. Całe szczęście jest kontynuacja, bo inaczej chyba bym pogryzła książkę! Jeśli chcecie czegoś lekkiego, przyjemnego i łatwego w odbiorze, bez zastanowienia sięgnijcie po W pół drogi do grobu. Moim zdaniem, nie zawiedziecie się i spędzicie kilka miłych chwil.

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...