Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Marcin Mortka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Marcin Mortka. Pokaż wszystkie posty

piątek, 1 maja 2015

Marcin Mortka - Karaibska krucjata. Płonący Union Jack.

Seria: Karaibska Krucjata, część I
Tytuł: Karaibska krucjata. Płonący Union Jack.
Autor: Marcin Mortka
Wydawnictwo: Fabryka Słów, 2011
Pierwsze wydanie: 2005
Gatunek: Fantasy
Strony: 424

Kapitanowi Williamowi O'Connorowi, dowódcy fregaty „Magdalena”, niewiele można zarzucić jako człowiekowi czy żeglarzowi. Może jedynie to, że bez przerwy się na wszystkich obraża. I że nie słucha dobrych rad. I że jest zbyt szlachetny, by wziąć się do piractwa i zbyt rozwydrzony, by grzecznie służyć w Royal Navy. I że ciągle nie chce wywalić z załogi tego cholernego kuka Butchera. A nade wszystko — że bez przerwy pakuje siebie, okręt i załogę w tarapaty...
źródło: lubimyczytac.pl

Morskie klimaty to coś, co uwielbiam w powieściach, a kiedy delikatnym morskim falom towarzyszą okręty pod piracką banderą, nie potrafię sobie odmówić przyjemności czytania. Cóż, zawsze ciągnęło mnie na szerokie wody i chociaż w ten sposób mogę wyobrazić sobie, że żyję na statku pełnym marynarzy. W towarzystwie pechowego kapitana i jego dwóch wiernych kamratów, którzy w niebywały sposób zawsze potrafią sprowadzić go na ziemię, spędziłam czas o wiele milej, niż z początku się na to zapowiadało. Nie, nie odpłynęłam po pierwszych zdaniach, ale pan Mortka jak zawsze zadbał o to, bym w końcu zatraciła się w powieści.

Mówiłam już, że Marcin Mortka jest moją ogromną miłością. Cóż, nie w taki sposób, nie myślcie sobie nic głupiego! Po prostu zakochałam się w jego twórczości, gdy tylko sięgnęłam po Morza Wszeteczne, które wyszły spod jego pióra (panie Marcinie, ja ciągle czekam na Wyspy Plugawe!).  Styl i język jakim się posługuje jest naprawdę wyjątkowy. Gdyby ktoś dał mi do przeczytania powieść, nie mówiąc mi, kto jest autorem, jestem pewna, że niemal od razu bym rozpoznała Marcina Mortkę. Bohaterowie, których kreuje niemal od razu zdobywają moje serce, a humor, który wylewa się litrami z zapisanych stron sprawia, że głośno się śmieję. Co jest jeszcze takiego wyjątkowego w Jego twórczości? Ano to, że większość powieści rozgrywa się w morskich klimatach, czyli tam, gdzie lubię najbardziej.

William O'Connor, kapitan okrętu "Magdalena", który za swoją załogę ma bandę zakapiorów, nie należy do osób, które miałyby zbyt dużo szczęścia w życiu. No cóż, uczucia lokował nie tam, gdzie powinien, a jego długi język nieraz sprowadził na marynarzy kłopoty. Butny i przemądrzały, wie wszystko najlepiej i za nic ma dobre rady swych kolegów. Jest jednak dżentelmenem, chociaż on akurat się poci. Polubiłam go od samego początku. Dlaczego? Jest on bowiem bohaterem z krwi i kości, kimś kto nie jest pozbawionym wad ideałem. Jego minusy można by wyliczać w nieskończoność, a mimo to budzi sympatię czytelnika. Oprócz niego mamy tutaj cała plejadę świetnie skonstruowanych bohaterów (a jakże, pan Mortka jeszcze nigdy mnie pod tym względem nie zawiódł). Między innymi przyboczni naszego głównego bohatera oraz narratora całej powieści, Vincent Fowler oraz Edward Love.

Poczucie humoru Marcina Mortki jak zwykle wpasowało się w moje gusta. Utrzymane w ironiczno-sarkastycznym tonie, nieraz absurdalne gagi powodowały szeroki uśmiech na moich ustach. Znalazło się tutaj także wiele odniesień do innych pozycji literackich, bądź filmowych, np:

"- Kim jesteś? - Marynarz pospiesznie sprawdzał poczytalność czarnoskórego wojownika. - Jak masz na imię?
- Rambo! - wymamrotał Murzyn i odruchowo wyciągnął dłoń po muszkiet."

O fabule nie będę dużo rozprawiać. Bynajmniej nie chodzi o to, że była nudna, wręcz przeciwnie. Musiałabym Wam po prostu zdradzić połowę książki, a tego nie chcę. Historia bowiem jest pełna zwrotów akcji, zaskakujących momentów, nieprzewidywalnie pędzi na przód porywając ze sobą czytelnika i nie dając mu chwili wytchnienia. Umiejscowienie akcji w okolicach roku 1700 wyszło na plus, ale ja jestem historyczną ignorantką i nawet to, że autor nagiął pewne fakty wcale mi nie przeszkadzało. Prawdę powiedziawszy, gdyby sam się do tego nie przyznał, sama bym tego nie zauważyła. Co mi się również podobało? To, że nie czytamy tu o superbohaterach, którzy są obdarzeni wyjątkową, nadludzka mocą, tylko o zwykłych ludziach, którzy zjawili się w  nieodpowiednim miejscu w nieodpowiednim czasie i teraz ponoszą tego konsekwencję. Elementów fantastycznych nie było za wiele, nie oznacza to, że nie pojawiło się wcale. Myślę, że takie subtelne napomknięcia były dobrym zabiegiem.

Karaibska Krucjata. Płonący Union Jack., to książka, która dostarczyła mi tego, do czego została napisana - rozrywki i relaksu. Nie jest ona w żaden sposób wymagająca, ale jest to jedynie plusem tej powieści. Czyta się ją niezwykle szybko, a bohaterów można polubić już od pierwszej strony. Cała fabuła jest nieprzewidywalna, a autor szarpie naszą rękę, abyśmy podążali za nim, co jest po prostu mocną jazdą bez trzymanki. Podczas lektury nie można się nudzić.

niedziela, 19 kwietnia 2015

Marcin Mortka- Miasteczko Nonstead

Tytuł: Miasteczko Nonstead
Autor: Marcin Mortka
Wydawnictwo: Fabryka Słów, 2012
Gatunek: Horror
Strony: 297

Młody pisarz, Nathan McCarnish przybywa do miasteczka Nonstead. Po napisaniu swojej debiutanckiej powieści i odejściu ukochanej Fiony, postanowił wrócić do miejsca, gdzie przeżył z tą kobietą tyle wspaniałych chwil. Nie dane mu jednak będzie nacieszyć się spokojem, gdyż w tym mieście nic nie jest takie, na jakie wygląda...

Kiedy sięgam po powieść mojego ulubionego autora, zawsze obawiam się, że tym razem się rozczaruję, że autor nie przeskoczy poprzeczki, którą sam sobie ustawił. Takie same obawy miałam, gdy sięgałam po Miasteczko Nonstead, gdyż Marcin Mortka to jeden z tych pisarzy, po którego twórczość sięgam najchętniej. Jak do tej pory, jego powieści robiły na mnie ogromne wrażenie i nie pozwalały mi nawet na chwilę odetchnąć W książka jego autorstwa po prostu nie znalazłam ani grama nudy. Muszę nadmienić, że pan Marcin Mortka świetnie radzi sobie w pisaniu fantastyki, ale czy udźwignął gatunek, jakim jest horror? O tak.

Pan Mortka to niezwykle utalentowany pisarz, o którym, moim skromnym zdaniem, jest zdecydowanie za cicho. Jego książki, jak już wspomniałam wcześniej, wywierają na mnie za każdym razem ogromne wrażenie. Jednak nic nie przygotowało mnie na to, co dostałam podczas lektury Miasteczka Nonstead. Jest to ogromna dawka grozy, mrocznego klimatu i świetnej, oryginalnej historii. Nie ma przerw na nudę, autor unika niepotrzebnego rozwlekania tekstu, byleby tylko zapchać jakąś dziurę. Nie ma także przesadnych opisów, ale książka nie jest ich wcale pozbawiona. Wszystko jest skompensowane tak, abyśmy nie mogli nawet zaczerpnąć tchu.

Wspomniałam o klimacie powieści, teraz opiszę go dokładniej. Autor stworzył obraz małego miasteczka, w którym każdy udaje, że wszystko jest w porządku, a każdą anomalię zbywa i uśmiechając się szeroko, odpowiada, że nic podobnego nie miało miejsca. Mrok wylewa się ze stron, sprawiając, że serce albo zamiera, albo przyspiesza bijąc jak oszalałe. Dawka napięcia, którą zaserwował pan Marcin w swojej powieści, przekracza o kilka kresek dozwoloną, jednak właśnie to mnie do tej książki przyciągało. Z zachłannością dziecka, które zajada słodycze z miejscowej cukierni, pożerałam Miasteczko Nonstead, pragnąc wraz z Nathanem rozwiązać zagadkę choroby, która toczyła tę niewielka mieścinę.

Główny bohater, Nathaniel, jest bardzo dobrze wykreowany. Nie był przerysowany, posiadał swoje lęki (jest to właśnie najważniejszy temat tej powieści: strach), wady, ale także mnóstwo zalet. Cechowała go determinacja oraz zwykła, ludzka ciekawość i życzliwość. Ponadto spotykamy Skinnera, miejscowego drwala, który, podobnie jak Nathan, jest postacią bardzo wyważoną. Niektórzy bohaterowie potrafili wzbudzić strach i niepokój. Nie chciałabym spotkać takich w realnym życiu. Przyznam się szczerze, że z każdą sytuacją, która nie należała do "normalnych", zaczynały trząść mi się dłonie. Fabuła powieści jest niezwykle intrygująca. Ludziom w miasteczku odbija, zdarzają im się rożne dziwne wypadki, znikają lub stają się nieobecni duchem. W środku tych wszystkich wydarzeń zjawia się Nathaniel, nie do końca przypadkiem, ale także nie do końca zamierzenie, jednak to całkowity przypadek sprawia, że zaczyna interesować się tym wszystkim.

Zakończenie powieści było dla mnie mistrzowskie. Już w pewnym momencie zaczynałam domyślać się rozwiązania tej zagadki, jednak mylicie się, jeśli uważacie, że powieść jest przewidywalna. Autor zadbał o to, by dostarczyć nam tylu wskazówek, co skutkowało tylko tym, iż całkowicie zbijał nas z tropu. Nie znajdziemy tutaj hektolitrów krwi, ani potworów, czy demonów wyskakujących zza rogu. Autor całkowicie bazuje na stworzonym przez siebie klimacie grozy i zabawia się naszymi emocjami. Powieść polecam, polecam ją wszystkim, którzy uwielbiają się bać, a także i tym, którzy lubują się w twórczości pana Mortki.

poniedziałek, 29 grudnia 2014

Marcin Mortka - Druga Burza

Tytuł: Druga Burza
Autor: Marcin Mortka
Wydawnictwo: Fabryka Słów, 2012
Strony: 336

To, że jestem beznadziejnie, po uszy zakochana w twórczości pana Mortki nie jest żadną tajemnicą. Ba, nawet chwalę się tym wszem i wobec. Kiedy przeczytałam Martwe Jezioro czułam spory niedosyt, dlatego też czym prędzej zakupiłam kolejny tom serii. Niestety, z czasem bywało różnie, dlatego miałam kilkumiesięczna przerwę pomiędzy tymi książkami i przez to niewiele pamiętam z pierwszej części. Czy przeszkodziło mi to w czytaniu? Nie... no, może trochę. Dlatego polecam czytać oba tomy jeden po drugim. Ale od początku.

Buntownik Mads Voortem i jego straceńcy po raz kolejny ruszają do walki. Stawką jest wolność lub... śmierć w boju.
Przeciwko nim zastępny zbrojnych, złowroga magia, smoczy pomiot a przede wszystkim zwykłe ludzkie cwaniactwo. Bo nie ma takiej wojny, na której ktoś nie chciałby zrobić interesu.
Budza ma jednak sprzymierzeńców - elfy i krasnoludy, które podobno wyginęły dawno temu, smocze szczenię oraz Strażniczkę, która władzę stawia niżej niż matczyną miłość.
Burza ma też swoje Ostrze - Madsa. Świetnego wojownika, błyskotliwego dowódcę, szaleńca i desperata.
BURZY NIC NIE ZATRZYMA!
Opis z okładki

Druga Burza znów przeniosła mnie do świata, w którym mieszkańcy zostali przeklęci przez Smoczycę. Każdy trwał w nadziei na Uwolnienie od swego fatum, na co jednak nie mógł liczyć. Smoczyca bowiem nie żyła. Mads, który ciągle żył nadzieją, na coś, czego zdradzić nie mogę, postanowił wypowiedzieć wojnę jej armii. Wierzył, że uda przełamać mu się przekleństwa i... jeśli chcecie wiedzieć co, to przeczytajcie! Typowo dla pana Mortki mamy tutaj ciągłą akcję. Nie ma miejsca na przestój, cały czas coś się dzieje, przez co podczas czytania nie mamy chwili na zaczerpnięcie tchu. Czasami niestety ciężko było się w tym wszystkim odnaleźć, gdyż tło powieści zmieniało się jak w kalejdoskopie.

Myślę, że ta część jest znacznie lepsza pod względem technicznym. Opisy walk są bardzo obrazowe, postaci też są o bardziej charakterystycznie. Niestety, w Drugiej Burzy nie polubiłam postaci protagonisty. Uważam to za plus, gdyż okazuje się, że nie jest to idealny człowiek, mający same zalety, a wręcz przeciwnie. Nic nie drażni mnie bardziej, niż bohater, który nie ma żadnej rysy na swojej kryształowej duszy. Fajnym zabiegiem, który wykorzystał w swej powieści pan Mortka, były wspomnienia głównego bohatera. Dzięki temu poznajemy wydarzenia, które działy się przed pierwszą częścią powieści i pozwalają na wyjaśnienie pewnych kwestii.

Minusy? A i owszem. Jest taki jeden, wielki minus. Mianowicie zakończenie. Wyglądało, jakby zostało urwane w połowie. Jakby pan Mortka uznał, że nie chce mu się już pisać i kończy książkę w takim stanie, w jakim to zostawił. Na szczęście (!) dowiedziałam się, że będzie następna część tej powieści, dlatego wybaczam to autorowi. Czasami też nie potrafiłam się wczuć w akcję, jednak to zwalam na karby zbyt małej ilości czasu na czytanie.

sobota, 5 lipca 2014

Marcin Mortka - Martwe Jezioro


Tytuł: Martwe Jezioro
Autor: Marcin Mortka
Wydawnictwo: Fabryka Słów, Lublin 2011
Strony: 312


Polscy autorzy rzadko goszczą na moich półkach, dlatego pomału to zmieniam. Z panem Mortką do czynienia miałam już wcześniej, a na Martwe Jezioro polowałam już od dawna. W końcu mi się udało. Co do książki miałam wysokie oczekiwania, gdyż Morza Wszeteczne tego autora podniosły poprzeczkę. Poza tym, czyż ta okładka nie jest boska?

Smocze Przekleństwa rzucone lata temu sprawiły, że narody stały się nieszkodliwe, a kult Smoczej Pani roznosi się po świecie. Władający Mocą zostają mordowani, bądź okaleczani, czego dokonują Strażniczki, Smocze Kapłanki. W tym wszystkim mamy Martwe Jezioro. Nie wolno bowiem się udać na jego drugi brzeg. Ci którzy to robili, nie wracali, bądź znajdowano ich truchła. Mads Voorten, weteran wojenny, za nic ma zakazy. Jest zdeterminowany, by osiągnąć swój cel.

Czy rozczarowałam się tą książką? Przyznam się szczerze, że fabuła nie porwała mnie tak, jakbym sobie tego życzyła. Tajemnic tutaj co nie miara. Owszem, lubię tajemnice, ale te tutaj były takie trochę na siłę. Główny bohater, Mads, strasznie przypominał mi Rolanda z Mórz Wszetecznych, a właściwie powinnam powiedzieć, że to Roland był podobny do Madsa, ze względu na to, że Martwe Jezioro było wydane wcześniej. Jest to jednak typ bohatera, który uwielbiam, dlatego wybaczam ten mały grzeszek. Mimo niektórych mankamentów książka mnie nie rozczarowała.

Jeśli lubicie akcję, to jak najbardziej powinniście sięgnąć po tą książkę. Tutaj cały czas się coś dzieje, a to ktoś dostaje obuchem w łeb, a to ktoś walczy na miecze, a to ktoś "rzyga ogniem"... Ciężko było mi streścić fabułę książki, gdyż tak naprawdę wszystko jest ważne. Okładka zachęca nas do przeczytania mówiąc: "jak nigdzie indziej skrzy się humorem". Zgadzam się z tym, ale tylko w połowie. Wybuchów śmiechu nie było, ale lekkie uśmieszki już tak.

Poza Madsem mamy tutaj jeszcze kilku innych bohaterów, jednak zachęcam, do zapoznania się z nimi osobiście, gdyż każdy z nich jest nietuzinkowy i rzeczywiście posiada własną osobowość. Dlaczego o tym wspominam? Ponieważ często w książkach jest tak, że wszystkie postacie są takie same: płaskie i bezbarwne. Na szczęście pan Marcin Mortka dba, by każdy z nich był inny. Najciekawszą jak dla mnie był... kruk. Tak, dobrze przeczytaliście. Prawie każda wymawiana przez niego kwestia sprawiała, że na mojej twarzy gościł uśmiech. A relacja Mads-ptak... przekonajcie się sami.

Martwe Jezioro to lektura lekka i przyjemna. Czyta się ją bardzo szybko. Autora chwalę sobie za to, że rozwijam swoje słownictwo przy jego książkach. Niektórzy twierdzą, że Marcin Mortka nie potrafi sklecać zdań, jednakże ja się z tym ani trochę nie zgadzam. Cóż, każdy ma inny gust, ale narzekanie na to, że jakaś książka jest lekturą rozrywkową moim zdaniem mija się z celem. Takie też są potrzebne, bo przecież przy takich się najlepiej odpoczywa.

OCENA: 4+/6

wtorek, 31 grudnia 2013

Marcin Mortka - "Morza Wszeteczne"

Tytuł: Morza Wszeteczne
Autor: Marcin Mortka
Wydawnictwo: Uroboros, Warszawa 2013
Strony: 412 

Kapitan Roland zwany Wywijasem. Jest piratem. Ale nie takim zwykłym, gdyż nie robi tego co na wielkiego korsarza przystało. Pakuje się w wielką, groźną wojnę, całkowicie przypadkowo. Może jednak liczyć na swą piracką załogę. Cóż z tego wszystkiego wyniknie?

Na książkę tą byłam chora bardzo długo. Ujrzałam ją pewnego pięknego dnia w Empiku, ale dopiero na Mikołaja zagościła na mojej półce. I nie żałuję tego. Co mnie do niej przyciągnęło? Piękna okładka, ale jeszcze bardziej... piraci.

„A czy przy okazji ktoś może mi wytłumaczyć - Strup przełknął ślinę - co to takiego biblioteka i czemu się tego miejsca boję?”

Książka opowiada nam o przygodach Kapitana Rolanda, młodego mężczyzny z mackami na plecach i jego dzielnej załogi. Główny bohater rzeczywiście nadaje się na kapitana, bezkompromisowy i twardy, potrafi postawić na swoim. Autor przedstawia nam cały szereg ciekawych postaci: Strup- pół-goblin, Baobab- murzyński Szaman, Mandragora- hmm, ktoś z rozwidlonym jęzorem., Grzmot- Satyr ze słowotokiem. Cała książka okraszona jest niesamowita ilością bluzgów, wpasowanych w taki sposób, że to nie razi ani trochę, a wręcz przeciwnie. 

"Jedynymi rozpoznawalnymi słowami w jego wywodach były soczyste przekleństwa, tak więc ludzie na wszelki wypadek i jego omijali szerokim łukiem"

Ogromna ilość poczucia humoru sprawia, że co chwilę zanosiłam się śmiechem.

 „- To ci dopiero... - Roland przekrzywił głowę, jakby przyglądał się jakiemuś kuriozum przyrodniczemu. - To wy tak z własnej woli nas śledzicie, mości panie poruczniku?”

Intryga, w jaką wpakowali się piraci jest ciekawa, opisana w taki sposób, że gdy tylko odkładałam na chwilę książkę, cały czas myślałam co będzie dalej. Kiedy natomiast skończyłam ją czytać, zrobiło mi się smutno, że muszę pożegnać się z bohaterami. Na szczęście Kapitan powróci w powieści Wyspy Plugawe.
Polecam każdemu, kto jest fanem fantastyki, lubi czarny humor i nie boi się mocnego słownictwa.

"- My tylko tak sobie gadaliśmy...
- A o Czym?
- O dupach głównie..."

OCENA: 6/6

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...