Tytuł: Zapisane w kościach
Autor: Simon Beckett
Wydawnictwo: Amber, 2012
Przekład: Jan Kraśko
Strony: 351
Zapisane w kościach to moje pierwsze spotkanie z panem Beckettem. Wcześniej słyszałam wiele dobrego o jego powieściach. A co konkretnie? Że trzymają w napięciu, że są zaskakujące i dobrze napisane. Ja, jak to ja, podchodziłam do tego sceptycznie. Wolę się sama przekonać, czy rzeczywiście tak jest i na nic się nie nastawiać. Jednak, gdy zaczęłam czytać tę powieść, pochłonęłam ją zachłannie, w całości, tylko z kilkoma przerwami. To, co otrzymałam, zbiło mnie z nóg. Co prawda, zaczęłam od drugiego tomu historii z Davidem Hunterem na czele, jednak nie przeszkadzało to ani trochę w odbiorze.
David Hunter jest antropologiem sądowym. Na wyspie, Runie, znaleziono spalone zwłoki. Doktor Hunter musi odczytać historię zmarłej osoby tylko na podstawie tych pozostałości. Czy to była zbrodnia, czy wypadek? Sztorm odcina wysepkę od reszty świata, a mieszkańcy sparaliżowani są strachem. Czasu jest co raz mniej, a nic nie jest takie, jakim się wydaje. Antropolog musi rozwikłać tą zagadkę i odkryć chowające się w małej społeczności tajemnice.
Na początku zastanawiałam się, czym ludzie się tak zachwycają. Książka, jak książka, nic rewelacyjnego. owszem, czyta się przyjemnie, autor nie przynudza, ale w sumie nie wzbudzała we mnie większych emocji. Do czasu. Pan Beckett świetnie zadbał o wszelkiego rodzaju szczegóły, same opisy sekcji były genialne. Widać, że włożył w realizm wiele pracy i wysiłku. Poza tym bardzo cenię, kiedy autor dopracowuje nie tylko główną postać, ale i bohaterów pobocznych. Beckett to zrobił i chwała mu za to!
Co do głównego bohatera. Cóż, polubiłam gościa. Inteligentny, spostrzegawczy. Potrafi dodać dwa do dwóch i wyciągnąć z tego wnioski. Inni bohaterzy, tacy jak Brody, czy Fraser, także policjant, mieli swoje charakterki, posiadali wady i zalety. Czułam się, jakbym czytała o ludziach z krwi i kości, a nie tylko o wymyśle wyobraźni autora. Nie było za wiele wewnętrznych monologów Davida Huntera, nie targało nim zbyt wiele emocji. Była zimna ocena sprawy. I to było świetne, że pan doktor nie mieszał spraw osobistych z zawodowymi.
Fabuła wydawała mi się banalna. Wszystko przecież było takie przewidywalne! Niemal od razu odgadłam kto był zabójcą. Czyżby na pewno? Cóż, jednak nie, bo kiedy dotarłam do końca szczęka opadła mi na ziemię. Autor mnie zwiódł, wyprowadził na manowce, a ja tak ładnie pobiegłam za jego wskazówkami! A kiedy zamknęłam ostatnią stronę, patrzyłam tępo w ścianę i śmiałam się z siebie, że to jeden z pierwszych kryminałów, w którym nie odgadłam rzeczywistego sprawcy! Wydarzenia nie ciągną się jak flaki z olejem, a naprawdę cały czas się coś dzieje. Z pozoru błahe i nic nie znaczące fragmenty okazywały się dość istotne.
Czy polecam ta książkę? O tak, zdecydowanie tak. Przeczytałam ją jednym tchem i pochłonęła mnie całkowicie. Kiedy odkładałam ją na półkę, cały czas o niej myślałam. Muszę nadrobić zaległości i sięgnąć po Chemię Śmierci, ale to wszystko w swoim czasie. Jedyne co mi przeszkadzało, to to, że w wersji kieszonkowej, literki są malutkie, ale kiedy zatopiłam się w lekturze, nawet to przestało mieć znaczenie.
David Hunter jest antropologiem sądowym. Na wyspie, Runie, znaleziono spalone zwłoki. Doktor Hunter musi odczytać historię zmarłej osoby tylko na podstawie tych pozostałości. Czy to była zbrodnia, czy wypadek? Sztorm odcina wysepkę od reszty świata, a mieszkańcy sparaliżowani są strachem. Czasu jest co raz mniej, a nic nie jest takie, jakim się wydaje. Antropolog musi rozwikłać tą zagadkę i odkryć chowające się w małej społeczności tajemnice.
Na początku zastanawiałam się, czym ludzie się tak zachwycają. Książka, jak książka, nic rewelacyjnego. owszem, czyta się przyjemnie, autor nie przynudza, ale w sumie nie wzbudzała we mnie większych emocji. Do czasu. Pan Beckett świetnie zadbał o wszelkiego rodzaju szczegóły, same opisy sekcji były genialne. Widać, że włożył w realizm wiele pracy i wysiłku. Poza tym bardzo cenię, kiedy autor dopracowuje nie tylko główną postać, ale i bohaterów pobocznych. Beckett to zrobił i chwała mu za to!
Co do głównego bohatera. Cóż, polubiłam gościa. Inteligentny, spostrzegawczy. Potrafi dodać dwa do dwóch i wyciągnąć z tego wnioski. Inni bohaterzy, tacy jak Brody, czy Fraser, także policjant, mieli swoje charakterki, posiadali wady i zalety. Czułam się, jakbym czytała o ludziach z krwi i kości, a nie tylko o wymyśle wyobraźni autora. Nie było za wiele wewnętrznych monologów Davida Huntera, nie targało nim zbyt wiele emocji. Była zimna ocena sprawy. I to było świetne, że pan doktor nie mieszał spraw osobistych z zawodowymi.
Fabuła wydawała mi się banalna. Wszystko przecież było takie przewidywalne! Niemal od razu odgadłam kto był zabójcą. Czyżby na pewno? Cóż, jednak nie, bo kiedy dotarłam do końca szczęka opadła mi na ziemię. Autor mnie zwiódł, wyprowadził na manowce, a ja tak ładnie pobiegłam za jego wskazówkami! A kiedy zamknęłam ostatnią stronę, patrzyłam tępo w ścianę i śmiałam się z siebie, że to jeden z pierwszych kryminałów, w którym nie odgadłam rzeczywistego sprawcy! Wydarzenia nie ciągną się jak flaki z olejem, a naprawdę cały czas się coś dzieje. Z pozoru błahe i nic nie znaczące fragmenty okazywały się dość istotne.
Czy polecam ta książkę? O tak, zdecydowanie tak. Przeczytałam ją jednym tchem i pochłonęła mnie całkowicie. Kiedy odkładałam ją na półkę, cały czas o niej myślałam. Muszę nadrobić zaległości i sięgnąć po Chemię Śmierci, ale to wszystko w swoim czasie. Jedyne co mi przeszkadzało, to to, że w wersji kieszonkowej, literki są malutkie, ale kiedy zatopiłam się w lekturze, nawet to przestało mieć znaczenie.
