Tytuł: Wilczy Amulet
Autor: S. A. Swann
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka, Warszawa 2011
Przekład: Marek Pawelec
Strony: 384
Wilczy Amulet to drugi tom serii o wilkołakach. Pierwszy, Wilczy Miot, był książka dobrą, przy której spędziłam miło czas. Zawarta w niej historia mnie urzekła i zostawiła w lekkiej konsternacji, zamyśleniu i rozważaniach na temat natury ludzkiej. Wilczy Amulet to powieść o wiele lepsza, czego nigdy nie spodziewam się po kontynuacji.
Od wydarzeń w Wilczym Miocie minęło już sto lat. Zakon jednak nadal walczy z demonami, pomiotami samego szatana. Oddelegowana jest do tego specjalna grupa łowców: wolfjegrzy. Trafiają na ziemię Polski, gdzie grasuje potężny stwór, zabijający na swojej drodze wszystkich przeciwników. Osłabieni przez atakującego wilka zmuszeni są skorzystać z gościny w polskim grodzie, jednak ani na chwilę nie zaprzestali planów zabicia swego największego wroga...
Cóż tu rzec na temat tej powieści. Jest akcja? Jest. Jest tajemnica? Jest. Jest miłość? Jak najbardziej. Wszystko to tworzy mieszaninę niemalże wybuchową, ale w tym pozytywnym znaczeniu tego słowa. Główną bohaterką jest tutaj Maria, służąca w grodzie Narew. To jej przypada zaszczyt zajęcia się najbardziej rannym rycerzem, Josephem. To ona poznaje bestię, Dairena.
Fabuła jest świetna, dopracowana w każdym szczególe. Podoba mi się to, że pomalutku możemy odkrywać elementy układanki, a każda strona trzyma w napięciu. Autor idealnie wyważył opisy emocji, uczuć, przyrody i akcji. Serwuje nam to w równych proporcjach, przez co nie czułam przesytu. Poza tym autor nie nastawiał nas na żadną stronę. Z chłodnym dystansem opisywał wszystko, Polaków, Niemców i wilkołaki. Chyba nie potrafię do końca orzec, która ze stron była tak naprawdę zła.
Nie lubicie trójkątów miłosnych? Cóż, ja mam do nich stosunek ambiwalentny, a to głównie dzięki serii Wodospady Cienia. W tej powieści jednak trójkąt jest tak nietypowy, że pochłonął mnie bez reszty. Do samego końca nie wiedziałam, jak cała sytuacja się potoczy, jak to się rozwinie. Nie ma tu cukru, przesytu słodkości, za to jest gorycz i ból, skrajne emocje, które oddziałują na czytelnika. Czułam się tak, jakbym wraz z Marią przeżywała to wszystko.
Styl autora jest przyjemny. Nie jest lekki i nie jest też ciężki. Sprawia, że z przyjemnością pochłania się każdą kolejna stronę. Moim zdaniem jest to świetny kawałek literatury fantasy. Co do odniesień do poprzedniej części, jest tu ich niewiele, także spokojnie można po nią sięgnąć, nie znając Wilczego Miotu.
Jest jednak jedna rzecz, bez której książka byłaby o niebo lepsza O czym mowa? O błędach, moi drodzy. Wyłapałam ich o wiele za dużo, aż kuły w oczy. Nie odebrało mi to przyjemności z lektury, ale denerwuje mnie taka niedbałość o szczegóły.

