niedziela, 2 lutego 2020

Anne Bishop - Efemera




Anne Bishop
Sebastian
Belladonna
Most Marzeń


Efemera to świat, który został rozbity na wiele krain, które zwane są krajobrazami. Zrobiono to ze względu na zagrożenie, które niósł ze sobą Zjadacz Świata. Podróż odbywa się za pomocą mostów. Nie jest to jednak prosta droga – przenoszą one bowiem podróżnika nie tam, gdzie sam pragnąłby się udać, ale w to miejsce, do którego przynależy jego serce. Po pokonaniu i uwięzieniu Zła w jednej z krain, całą strukturę utrzymuje magia Krajobrazczyń. Pewnego dnia jednak ktoś w swojej głupocie wypuszcza potwora na świat. Po raz kolejny Zjadacz staje się zagrożeniem...

Seria książek „Efemera” to moja pierwsza i, jak na razie, jedyna przygoda z powieściami Pani Bishop. Słyszałam o niej wiele opinii, jedni chwalą a inni pogardzają. Ja, muszę przyznać, przeżyłam całkiem miłą przygodę w trakcie lektury powieści, z rozpalonymi policzkami pochłaniałam kolejne strony. Myślę też, ze na tej serii nie skończę. Ale do rzeczy.

Seria składa się z trzech powieści - „Sebastian”, „Belladonna” oraz „Most Marzeń”. Jest też krótka nowelka pt. „Głos” umiejscowiona pomiędzy tomem drugim a trzecim, jako wprowadzenie do wydarzeń z ostatniego tomu, ale spokojnie można sobie odpuścić czytanie, bądź potraktować ją jako tylko taki smaczek. Głównym bohaterem każdej z nich, jak się można domyśleć ktoś inny. Postacie są jednak ze sobą spokrewnione, a ich losy przeplatają się przez całą serię.

Muszę przyznać, że lektura powieści byłą dla mnie sporym zaskoczeniem. Nie miałam żadnych oczekiwań, a wręcz przeciwnie. Spodziewałam się, kolokwialnie mówiąc, gniotu, a tu okazało się, że Anne Bishop idealnie wpasowała się w moje gusta. Nie oszukujmy się, to jest typowa babska fantastyka, w której miłość i uczucia grają główną rolę. Oczywiście, cielesność też jest ważna, jednak, wbrew temu co przeczytałam na okładce książki, zostaje gdzieś w tle. Nie brak tutaj konfliktów wewnętrznych, kłótni, rozstań i powrotów.

Autorka świetnie operuje językiem. Ma lekkie pióro, które sprawiało, że nie można było oderwać się od lektury. Nie tłumaczy każdego słowa, które wprowadza, pozwala, abyśmy mogli z kontekstu zdania domyśleć się, co to oznacza. Jest także całkowicie pewna tego co pisze. Nie zostawiała niezamkniętych wątków, nie przyspiesza akcji, by coś domknąć, a świat wykreowany przez nią mnie zachwycił. Dialogi nie są miałkie a postaci niezwykle dojrzałe, zmieniające się w trakcie posuwania się akcji do przodu.

Jedyne zarzuty mam do ostatniego tomu. Nie był już aż tak porywający, akcja w pewnych momentach zwalniała i była nawet przynudnawa. Nie podobała mi się stworzona także przez autorkę rasa Triad. Nie lubię zabiegu, gdzie w jednym ciele żyje więcej niż jedna osoba, ale wiadomo, to wszystko kwestia gustu. Postać Lee także straciła tutaj w moich oczach – zrobił się naburmuszonym chłopcem. Niemniej jednak i tak wspominam powieść z sentymentem. Polecam serię każdemu, kto lubi fantasy okraszone babskimi historiami.

sobota, 25 stycznia 2020

Lucy Foley - Morderca jest wśród nas


Lucy Foley
Morderca jest wśród nas
Filia, 2019

Grupka przyjaciół z dawnych lat wybiera się, jak co roku, na imprezę sylwestrową. Tym razem padło na miejscówkę w górach. Chata, w której spędzają czas znajduje się na odludziu, co niesie za sobą pewne konsekwencje. Są bowiem odcięci od świata i cywilizacji, co traktują jako niezłą rozrywkę, jak przystało na prawdziwych mieszczuchów. Wszystko oczywiście jest do czasu – jedno z nich ginie. I nie był to wypadek, a brutalny mord. Kto z nich jest mordercą?

Co skłoniło mnie po sięgnięcie po tę powieść? Były dwa powody – zazwyczaj czytam fantastykę, więc stwierdziłam, że potrzebuję jakiejś odskoczni, więc padło na kryminał. A drugi powód? Lubię takie kryminalne zagadki. Uznałam, że będzie to świetna rozrywka, ale już po kilku stronach wiedziałam, że to jest jednak niewypał. A dlaczego? Cóż...

Powieść od samego początku wydawała mi się miałka. Denerwował mnie pompatyczny styl autorki, pełen jakieś bliżej nieokreślonej wyniosłości. Ale do rzeczy. Historia przedstawiona jest z perspektywy kilku bohaterów. I tak po kolei poznajemy historię opowiadaną z perspektywy Emmy, Katie, Mirandy, Douga oraz Heather. Autorka usilnie próbuje nam pod nos podstawić portret psychologiczny każdego z nich oraz przedstawia to, jak widzą oni pozostałych uczestników wyjazdu, czyli Bo, Nicka, Marka, Gilesa i Samiry. Każdy z nich ma dość złożoną przeszłość. Historie te jednak wydały mi się miałkie i takie bardzo na siłę.

Bohaterowie, mimo tego, że mają już swoje lata na karku, zachowują się czasami jak spuszczone ze smyczy szczeniaki. Raczej nie zapałałam sympatią do żadnego z nich. Oczywiście najbardziej denerwująca była Miranda, która zawsze musiała być w centrum zainteresowania, miała najlepsze pomysły (przynajmniej w swoim mniemaniu), a przez to stawała się po prostu wredną, natrętną babą, z kompleksem wyższości. Znajdowała sobie ofiarę, przy, której zawsze czuła się lepsza. Większość bohaterów, co można było wywnioskować z opisów, nawet specjalnie się nie lubiła, a jedynie trzymały ich przy sobie jakieś wspólne wspomnienia. Autorka przedstawiła ich mocno schematycznie, nie wyróżniali się.

Autorka postanowiła wykorzystać zabieg, aby prawie do samego końca nie wtajemniczyć nas w to, kto jest ofiarą. Podsuwała nam co raz to nowe tropy, byśmy głowili się nad jej przebiegłym pomysłem. Każdy z nich mógł być mordercą, tak samo każdy z nich mógł być zamordowanym. Brakowało mi tutaj jednak tego napięcia, które powinno towarzyszyć nam przy czytaniu takich powieści. Po prostu czytałam bez większego entuzjazmu kolejne strony.

Może na plus wyszło zakończenie. Nie wiem czy się tego spodziewałam, w sumie domyśliłam się co się stanie, ale autorka naprowadzała czytelnika na rozwiązanie zagadki. Jak dla mnie ta powieść to coś w stylu wynurzeń bohaterów, bardziej obyczajówka, w której przewijają się raz po raz wspomnienia dawnych czasów. Dodatkowo jakieś inne, codzienne problemy, czy to jak bardzo życie całej dziewiątki zmieniło się po studiach. Książkę dość szybko się czyta, mimo to, Morderca jest wśród nas zmęczyła mnie i ani trochę nie zachwyciła.



sobota, 18 stycznia 2020

Wiedźmin - serial Netflixa


20 grudnia 2019 roku miejsce miała premiera serialu produkcji Netflixa – Wiedźmin. Oczywiście, że nie mogłam odpuścić sobie seansu, a składało się idealnie, gdyż tego dnia zaczynałam swój świąteczny urlop. Na wstępie muszę zaznaczyć, że nie jestem fanką twórczości pana Sapkowskiego. Nie chodzi wcale o to, że nie podobała mi się historia przez niego stworzona, wręcz przeciwnie, jednakże styl autora był dla mnie zbyt toporny i ciężko miałam przebrnąć przez lekturę – przeczytałam dwie bądź trzy części serii, już nie pamiętam. Bardziej przypadły mi do gustu gry, mam za sobą wszystkie odsłony. Tak, wiem, że serial nic z grami nie ma wspólnego, ale myślę, że warto wspomnieć tutaj dzieło polskiego twórcy gier CD Project. W końcu to między innymi dzięki tej produkcji Wiedźmin stał się towarem eksportowym.

Historia przedstawiona w serialu biegnie trzema torami – poznajemy tytułowego Wiedźmina, Geralta z Rivii, potężną czarodziejkę, Yennefer z Vengerbergu oraz Lwiątko z Cintry, Księżniczkę Ciri. Wydarzenia z życia całej trójki przedstawione są niezależnie od siebie. Uważam, że jest to bardzo dobry zabieg, pozwala nam to bowiem poznać głównych bohaterów, zrozumieć ich pobudki i zachowania. W pewnym momencie losy całej trójki krzyżują się, ale nie będę spojlerować. Chociaż ten, kto ma za sobą lekturę sagi na pewno wie o co chodzi.


Mogłabym powiedzieć, że gdy usłyszałam, iż to Superman, Henry Cavill ma zagrać tytułowego Wiedźmina byłam pełna obaw. Aktor jest, obiektywnie mówiąc, przystojny, zawsze myślałam, że będzie pasował bardziej na amanta, a nie na Łowcę Potworów. Jestem jednak zmuszona oddać mu cały honor, Henry nie grał Geralta. On był Geraltem przez cały sezon serialu. Jego, ruchy, mimika, sposób wypowiadania się sprawiał, że nie można było oderwać wzroku. Charakteryzacja zrobiła swoje. Na uwagę zasługują również sceny walk. Są bardzo dobrze zrealizowane i dopracowane, a Henry Cavill świetnie odnajdywał się w walce na miecze. 


Anya Chalotra, która wcieliła się w rolę Yennefer robiła wszystko, by jak najbardziej oddać charakter potężnej czarodziejki. Czasami jej się to udawało, a czasami odbierałam ją jak naburmuszoną dziewczynkę, która krzywi się kiedy coś nie idzie po jej myśli. Można też pomyśleć, że aktorka jest zbyt młoda na tę rolę, w końcu Anya Charlotra ma dopiero 23 lata, a Yennefer, była kobietą dojrzałą, z wyglądu około czterdziestoletnia, ale uważam, że mimo wszystko nie było to najgorsze rozwiązanie. Mocno widać także jej hinduskie korzenie, ale czy to naprawdę taki minus? Każdy z nas ma jakieś wyobrażenie o postaciach z książek, dlatego myślę, że nigdy nie da się wszystkich zadowolić. Dla mnie osobiście najlepszą Yen była ta przedstawiona w trzeciej odsłonie gier Wiedźmin III: Dziki Gon. Takie same zarzuty mam w stosunku do aktorki wcielającej się w rolę Ciri, chociaż młodziutka Freya Allan, jak dla mnie zagrała o niebo lepiej od Anyi.

Myślę, że na wyróżnienie aktorskiej gry zasługują również Joey Batey wcielający się w rolę Jaskra. Jego postać wyszła właśnie taka, jaką sobie zawsze wyobrażałam – słodki i uroczy a przy tym niestosownie irytujący, nadrabiający jednak poczuciem humoru. Ponadto bardzo przekonujące były dla mnie dwie kobiecie postaci: Jodhi May jako królowa Calanthe oraz MyAnna Buring jako Tissaia de Vries. Od samego początku bardzo dobrze wczuwały się w charakter swoich postaci, nie było w nich ani trochę sztywności i wymuszenia. Z kolei największym niewypałem okazała się aktorka wcielająca się w Triss Merigold. Nie ukrywam, że nie lubię tej czarodziejki. Nie zdobyła mojej sympatii ani w książkach, ani w grach i jak widać nawet w serialu nie potrafiłam się do niej przekonać, może za sprawą aktorki a może za sprawą swoich uprzedzeń.

Bardzo podobała mi się scenografia. Dało się wyczuć ten fantastyczny klimat miast oraz wiejskich terenów. Nie mogę powiedzieć, byśmy dostali słowiańską atmosferę, ale w końcu nie jest to polski serial (może i dobrze!). Na plus na pewno wyszło umiejscowienie bitwy pod Sodden w naszym Ogrodzieńcu. Och, jak zazdroszczę tym ludziom, którzy przypadkiem mogli spotkać aktorów grających w serialu. Sama scena bitwy mi osobiście się bardzo podobała. Podsumowując serial może mieć tyle samo zwolenników co przeciwników. Każdy z nas na pewno miał rożne oczekiwania co do przedstawionej historii, chociaż ja osobiście przyjęłam to tak jak jest. Nie myślałam o aktorach, scenografii czy o potworach. Uznałam po prostu, że jest to super gratka dla fana fantastyki a już na pewno dla fanów Wiedźmina. Owszem, jest sporo minusów, ale nie ma takiej produkcji, która byłaby idealna i zadowoliła każdego. Ja osobiście czekam niecierpliwie drugi sezon serialu i mam nadzieję, że również mnie nie zawiedzie.

sobota, 11 stycznia 2020

Nina Majewska-Brown - Tylko dla dorosłych




Tylko dla dorosłych 
Nina Majewska - Brown 
 Burda Książki, 2019

Klara wkrótce skończy 40 lat. Jest singielką, do tego zakompleksioną, a każda rozmowa z matką kończy się wypytywaniem, kiedy w końcu wyjdzie za mąż. Na tle swego rodzeństwa wydaje się być czarną owcą rodziny, co sprawia, że rzadko ją odwiedza.
W dniu urodzin przyjaciółki postanawiają zrobić jej niespodziankę i zabierają ją do SPA, a przy okazji wręczają bon na lekcje pole dance. Podczas owej lekcji nasza bohaterka upada i uderza się mocno w głowę. Kiedy dochodzi do siebie, okazuje się, że obudziła się w roku 1881! Kobieta z początku nie potrafi przyjąć do wiadomości takiego stanu rzeczy, jednak po czasie postanawia czerpać pełnymi garściami z życia, które nieoczekiwanie przyniósł jej los...

No dobra, nie jestem fanką tego typu powieści. Ponadto uważam, że motyw przenoszenia się głównego bohatera do odległej przyszłości, bądź przeszłości jest dość mocno oklepany, powielany i ciężko wnieść coś nowego. Nie oszukujmy się, marketing tutaj zadziałał, ponieważ do sięgnięcia po tę książkę skusiło mnie nic innego jak ta przykuwająca wzrok okładka. Wiedziałam, że nie mogę spodziewać się po niej nic innego jak romansidła. Czy coś takiego dostałam? Tak, ale nie jestem ani trochę rozczarowana.

Gdy czytałam opinię różnych kobiet na temat książki pani Niny, zwróciłam uwagę, iż wypowiadały się one krytycznie wobec głównej bohaterki, ale może od początku. Poznajemy Klarę, jako samotną, zahukaną kobietę, która mężczyzn ogląda tylko z daleka. Nie szuka romansu, dobrze jej, przynajmniej z pozoru, z takim życiem jakie prowadzi. Jest nieśmiała, najlepiej czuje się w swoich czterech ścianach. Przyjaciółki, próbują ją zmienić. Nie są to może panie, z którymi ja chciałabym zawrzeć jakąś bliższą znajomość (wredne babska, które patrzą jak tylko drugiej wbić małą szpileczkę w jak najczulsze miejsce), ale dla Klary chcą dobrze. Doskonale zdają sobie sprawę z tego, że z odrapanym lakierem do paznokci, czy w porozciąganych swetrach i zmierzwionych włosach Klara całkowicie traci pewność siebie, przez co ciężko jej otworzyć się na miłość. Kobieta broni się przed tym jak może, jednak kolejne zabiegi sprawiają, że w końcu zaczyna zauważać swoje atuty. Po wypadku, gdy budzi się w przeszłości, a po niedługim czasie postanawia się zabawić. Uważa, że nie ma nic do stracenia, dlaczego więc ma się ograniczać? Stwierdziła, że i tak wróci do swoich czasów, więc nic nie stało na przeszkodzie, aby mogła skorzystać z uroków życia w dawnych czasach. No i właśnie dochodzimy do sedna sprawy – przemiana Klary niekoniecznie się podobała, ale ja jestem zdania, że kobieta nie brała na poważnie tego co dzieje się wokół niej, dlatego robiła to, co skrywała głęboko z tyłu swojej głowy. Opisy miłosnych uniesień mogą wywołać rumieniec na twarzy, ale żeby nie było zbyt różowo do szału mogą doprowadzić komentarze mężczyzn i podejście „spełnieniem kobiety jest całkowicie podporządkować się mężczyźnie i urodzić mu gromadkę dzieci”. Tak naprawdę podejście tego typu płci brzydkiej spotykamy na każdym kroku w naszych czasach (XXI wiek, ogarnijcie się!)

Czy mam coś do zarzucenia tej powieści? Tak, akcja na początku się trochę wlokła, za długi wstęp, ale z drugiej strony dał nam ogląd na charakter Klary i jej koleżanek. No i końcówka, ale nie mogę zdradzić żadnych szczegółów. Poza tym książkę czytało mi się dość przyjemnie i poruszała tematy, które są w tym momencie dość na czasie – czyli feminizm, niezależność kobiet, samotność. Często boimy się, co ludzie powiedzą, przez co zamykamy się w swoim świecie i rezygnujemy ze swojego szczęścia. Ale nie powinno tak to wyglądać. Po przeczytaniu lektury naszła mnie refleksja dotycząca tego, jak wygląda życie teraz, że jesteśmy wolne i mamy prawo decydować o sobie, ale czy do końca? Czy kobieta niezależna i samowystarczalna nie budzi lęku? A czy kobieta, która jest samotna jest tak naprawdę szczęśliwa?

Ze swojej strony polecam powieść, mimo iż nie są to wyżyny literatury. Ot, taki odmóżdżacz przy gorszym dniu, bądź przy za dużej ilości stresu w życiu. Polecam jednak czytać tę powieść z przymrużeniem oka, zgodnie z radą autorki.


środa, 1 stycznia 2020

David Gaider - Dragon Age. Utracony Tron

https://www.instagram.com/p/B6xpEb5BhIn/

Dragon Age. Utracony Tron
David Gaider
Insignis Media, 2019

Kiedy matka młodego Marica, ukochana Królowa Rebeliantka, zostaje zdradzona i zamordowana przez niewiernych szlachciców, ten musi poprowadzić armię i podjąć próbę uwolnienia królestwa spod jarzma obcego tyrana. Władzę dzierżą najokrutniejsi, a udręczony lud pragnie sprawiedliwości.
Książę bez królestwa, oszukany i zdradzony, staje w szeregach rebelii. Jego sojusznikiem jest młody banita Loghain oraz Rowan - piękna wojowniczka, przyrzeczona mu od urodzenia na żonę.
Otoczony przez zdrajców i szpiegów Maric musi nie tylko przeżyć, ale wypełnić swoje przeznaczenie: uwolnić Ferelden i przywrócić swój ród na utracony tron.
 
- opis pochodzi ze strony lubimyczytac.pl


Każdy kto mnie zna, wie, że jedną z moich miłości jest seria gier „Dragon Age”. Przygoda z tym tytułem zaczęła się oczywiście od pierwszej odsłony serii – pamiętam długie godziny spędzone przed komputerem (dobrze, że byłam wówczas studentką, nie wiem czy potrafiłabym teraz spędzać tyle czasu na graniu), zanurzając się w tym fantastycznym świecie. Gier, jak do tej pory, wyszły trzy części. Wraz z premierą Dragon Age Origins wydano książki osadzone w tym Universum, tj. „Dragon Age. Utracony Tron” oraz „Dragon Age. Powołanie”. Nakład szybko się wyczerpał, a wydawnictwo nie przewidywało wznowienia. Jednak się doczekałam! W 2019 wydawnictwo Insignis wydało całą serię książek, które trafiły w niedługim czasie w moje ręce. Łapczywie sięgnęłam po „Dragon Age. Utracony Tron” i... no właśnie.

Historia rozpoczyna się od ucieczki młodego księcia przed napastnikami. Otacza go mroczy las, a na karku czuje oddech swych wrogów – morderców wysłanych przez zdrajców Królowej Rebeliantów. Niezwykły splot okoliczności sprawia, że trafia on na młodego złodzieja, banitę Loghaina, który ratuje mu życie, kierowany jakimś dziwnym przeczuciem, uczuciem? Nie wiem sama jak to nazwać. Zabiera go do obozu wygnańców, do ojca. Przez kolejny dziwny splot okoliczności wychodzi na jaw prawdziwe pochodzenie przybysza, wszyscy dowiadują się, że jest on następcą tronu, synem osławionej Królowej Rebeliantów.

Od tego momentu akcja ciągle prze do przodu. Dużo się dzieje i można by pomyśleć, że nie da się nudzić w trakcje lektury. No cóż, nic bardziej mylnego. Książka niestety jest przewidywalna, w zasadzie dla fana gier, który z „wywalonym jęzorem” przechodził pierwszą odsłonę gry, fabuła nie wniosła żadnego powiewu świeżości. Poznajemy losy Marica, Loghaina oraz Rowan. Czy zżyłam się z nimi? Nie mogę tego powiedzieć. Maric, jak na moje oko jest dość niemęski, bardzo naiwny i niedojrzały. Być może nadrabiać poczuciem humoru, jednak w jego sytuacji żarty, które rzucał były jak dla mnie bardzo nie miejscu. Ponadto poczynania przyszłego króla w moim odczuciu były karygodne. Rowan, przeznaczona mu wojowniczka, ma więcej ikry, niż jej przyszły mąż. Jest bardziej stanowcza i zrównoważona. Dla dobra swego kraju potrafi bardzo się poświęcić, ma swoje zdanie i nie boi się samodzielnie myśleć. Co do trzeciego głównego bohatera, mam wrażenie, że historia Loghaina jest przedstawiona w taki sposób, aby rozgrzeszyć jego czyny, których byliśmy świadkami w trakcie rozgrywki w Dragon Age: Origins. Pod koniec powieści wychodzi jednak prawdziwa natura banity.

Jednak, aby nie było, że tylko narzekam, muszę przyznać, że przyjemnie było mi się zanurzyć w krainie Thedas i bliżej poznać przeszłość bohaterów, do których było tyle odniesień w Kodeksie. Myślę, że jest to całkiem niezły smaczek dla fanów gry. Dla osób, które jednak nie są związane w żaden sposób w Universum Thedas nie jest to lektura obowiązkowa. Na mnie czekają jeszcze dwie powieści, tj. „Dragon Age. Powołanie” oraz „Cesarstwo Masek”. Nie mogę się doczekać tomu drugiego, gdyż opowiada on o Szarych Strażnikach, gdzie mam nadzieję się dowiedzieć o nich więcej. Na pewno napiszę o nim kilka zdań.


niedziela, 29 grudnia 2019

Święta, święta... i po świętach

Rok 2019 zbliża się ku końcowi. Jeszcze parę dni i będziemy świętować nadejście roku 2020, roku, który da nam nowe szanse i nowe możliwości. Ja także postanowiłam coś zmienić w swoim życiu, dlatego wracam do Was po ponad 4-letniej przerwie w blogowaniu. Niejednokrotnie moje myśli kierowały się ku temu blogowi, myślałam nawet o tym, by założyć swą "nową przestrzeń" w internetach, jednakże mam sentyment do tego miejsca, miliony wspomnień i jednak ten blog jest w jakimś stopniu cząstką mnie. 
Jak mogę podsumować moje czytelnicze osiągnięcia ostatnich czterech lat? Chyba niestety nie mam się czym chwalić, co nie oznacza oczywiście, że próżnowałam jako książkofil. Czytałam dużo mniej, ale zaczęłam stawiać na jakość. Mogę jednak powiedzieć, że przez moje dłonie przewinęło się mnóstwo powieści, kolejne nadal czekają na swoją kolej na półce bądź na "Kundelku". Tak, taka zatwardziała przeciwniczka e-booków dorobiła się swojego Kindla i muszę przyznać, że nie żałuję.

A co do 2019 roku... za mną mnóstwo ciekawych lektur. Zdecydowanym numerem jeden okazał się "Marzyciel" oraz "Muza Koszmarów", powieści, które pochłonęłam jednym tchem.


https://www.instagram.com/p/BzCmBv9hBzh/

Kolejna seria, która skradła moje serce to "Efemera", w skład której wchodzą "Sebastian", "Belladonna", "Głos", "Most Marzeń". To było pierwsze spotkanie z Anne Bishop, ale niezwykle udane.

https://www.instagram.com/p/BvWXkCJBsf7/


Ponadto za mną książki takie jak seria "Niezgodna" czy "Tylko dla dorosłych". Ale przede mną mnóstwo innych ciekawych lektur. Tak właśnie przedstawia się mój plan na 2020 rok - powrócić do czegoś co sprawiało mi taką ogromną przyjemność, czyli tego bloga. Może trochę zmodyfikuję jego zamysł i styl, jeszcze do końca nie mam na to planu. Stawiam jednak na zdrowy egoizm - będę pisać pod siebie i dla siebie, ale jednocześnie będzie mi miło, jeśli Wy również będziecie czerpać przyjemność z lektury moich wypocin.

A tymczasem życzę Wam wszystkiego dobrego w nadchodzącym roku. Aby życie przynosiło same pozytywne niespodzianki oraz spełnienia najskrytszych Waszych marzeń i pragnień. 

P.S. Poniżej mój prezent mikołajkowy - książki, o których marzyłam, odkąd tylko zostały wydane w języku polskim.

https://www.instagram.com/p/B5xcjoFBDym/

sobota, 12 września 2015

J. K. Rowling - Harry Potter i Książę Półkrwi

Seria: Harry Potter, tom 6
Tytuł: Harry Potter i Książę Półkrwi
Autor: J. K. Rowling
Wydawnictwo: Media Rodzina, 2006
Pierwsze wydanie: 2005
Przekład: Andrzej Polkowski
Strony: 704

Po nieudanej próbie przechwycenia przepowiedni Lord Voldemort jest gotów uczynić wszystko, by zawładnąć światem czarodziejów. Organizuje tajemny zamach na swego przeciwnika, a narzędziem w jego ręku staje się jeden z uczniów. Czy jego plan się powiedzie? 

Kiedy czytam jakieś serie książkowe, często bywa tak, że odpuszczam. Po prostu autor nie utrzymuje poziomu, który sobie narzucił, co sprawia, że książka jest odgrzewanym kotletem. Z serią o przygodach nastoletniego czarodzieja jest zupełnie inaczej. J. K. Rowling za każdym razem wymyśla intrygi, które mnie, jako czytelnika, zatrzymują przy tej serii. Chociaż podobała mi się każda część, muszę przyznać, że Książę Półkrwi jest tą najlepszą. 

Kolejne wakacje mijają w zastraszającym tempie, a Śmierciożercy otwarcie atakują czarodziejów i czarownice, skończyły się czasy pokoju. Jednak na Harrego w tym całym bałaganie czeka niespodzianka: sam Dumbledore zabiera go z domu Dursleyów. Po tych wszystkich wydarzeniach z minionego roku szkolnego, młodzieniec ma mętlik w głowie, a nowy rok szkolny nie przynosi mu żadnych odpowiedzi. Co więcej, w jego ręce przypadkowo trafia książka podpisana przez niejakiego Księcia Półkrwi, dzięki której chłopiec staje się najlepszym z uczniów na tej lekcji, ale także przysparza mu ona kłopotów...

Harry Potter i Książę Półkrwi to książka dużo dojrzalsza od swoich poprzednich części. Mrok i przygnębienie wylewa się niemal z każdej strony, a brutalność niektórych opisów zadziwiała nawet mnie. Rowling przestała cackać się z wymyślonymi przez siebie bohaterami, wręcz przeciwnie, cały czas stawiała im kłody pod nogi. Harry nieraz wpadał w kłopoty przez swój buńczuczny charakter, który pomału z niego wychodził.

Miło się ponadto czytało o typowych problemach nastolatków, złamanych sercach, podrywach i podchodach. Była to także miła odskocznia od intryg Voldemorta, problemach Malfoya, czy konflikcie na linii Harry - Draco. Autorka nie daje nam żadnych podpowiedzi, co do tego kto jest Księciem Półkrwi, dlaczego Dumbledore zachowuje się tak, a nie inaczej. Muszę przyznać, że końcówka wbiła mnie w fotel (chociaż doskonale wiedziałam, że książka kończy się właśnie w ten sposób). 

Nie powiedziałam Wam za wiele na temat tego, co czuję po przeczytaniu tej powieści, ale to głównie ze względu na to, że działo się wiele, a we mnie ciągle kłębią się emocje. Uważam, że jest to bardzo dobry kawał literatury. Całą historię ogarnął mroczny nastrój i nawet uczniowie oraz nauczyciele nie są już tymi samymi, pogodnymi osobami, które znamy z pierwszego tomu przygód Harrego. Cóż mogę więcej rzec? Po prostu polecam wszystkim.

sobota, 5 września 2015

Ann Leckie - Zabójcza Sprawiedliwość

Seria: Imperium Radch, tom I
Tytuł: Zabójcza Sprawiedliwość
Autor: Ann Leckie
Wydawnictwo: Akurat, 2015
Pierwsze wydanie: 2013
Przekład: Danuta Górska
Strony: 480

W odległej przyszłości znaczną częścią zamieszkanego kosmosu rządzi Imperium Radch, gdzie władzę absolutną sprawuje Anaander Mianaai, jedna osoba w tysiącach ciał, wszechobecna i niemal wszechwiedząca. Najsprawniejsi jeńcy wzięci do niewoli na podbitych planetach zostają zamienieni w serwitory - pozbawieni własnej osobowości, stanowią przedłużenie sztucznych inteligencji dowodzących okrętami wojennymi. Zdawałoby się, że SI jednego z tych okrętów, „Sprawiedliwości Toren”, dysponująca setkami oczu i uszu serwitorów, łatwo może utrzymać porządek na podbitej planecie. Jednak wskutek skomplikowanej intrygi wybuchają zamieszki, a okręt ulega zniszczeniu. Przeżywa tylko jeden serwitor, cząstka sztucznej inteligencji w ludzkim ciele. Odtąd Breq, bo takie przybrała imię, szuka zemsty na tyranie, który pozbawił ją wszystkiego

Książki z gatunku science - fiction często goszczą na moich półkach. Autorzy przenoszą nas w świat, który zadziwia, szokuje, zaskakuje... zdarza się, że czytając takie książki zastanawiam się, skąd takie pomysły przychodzą im do głowy. Reakcja ta jest czasami pozytywna, czasami też negatywna, ale także i zupełnie obojętna. Wyobraźnia pisarzy często jest nagradzana. Tak było i z Zabójczą Sprawiedliwością, autorka bowiem została wyróżniona między innymi następującymi nagrodami: Hugo i Nebula. Sięgając więc po tę konkretną powieść miałam wobec niej wysokie wymagania. Czy je spełniła? 

Na samym wstępie muszę powiedzieć, że pod względem wykreowanego świata Zabójcza Sprawiedliwość to powieść, która w pełni zasługuje na wszystkie nagrody, które dostała. Sam pomysł serwitorów powinien zostać nagrodzony. Książka ta poruszała we mnie ona rożne struny, zadawałam sobie ciągle pytanie, na ile Breq jest człowiekiem, a na ile serwitorem? W moim odczuciu była całkowicie odrębną jednostką, bynajmniej nie SI. Wewnętrzne rozterki bohaterki (a może bohatera?) były absolutnie ludzkie. Ludność Radch nie posiada czegoś takiego jak dymorfizm płciowy, a wszyscy zwracają się do siebie per "ona".

Dochodzimy teraz do tego, przez co nie jestem w stanie nazwać tej powieści wybitną i czego bardzo żałuję. Książka ma potencjał, który niestety psuje sposób, w jaki jest napisana. Przebrnięcie przez początek było dla mnie męką, autorka pisała nieskładnie i nawet po kilkukrotnym przeczytaniu zdania nie rozumiałam jego sensu. Przy mnogości opisów i ogromnej ilości dziwacznych nazw jest to niezwykłe utrudnienie. Nie znajdziemy tutaj także za wiele akcji. Powieść opiera się głównie na wewnętrznych przeżyciach Breq, na jej wątpliwościach i emocjach. Zabrakło także opisów postaci. Nie potrafiłam sobie wyobrazić Breq, gdyż autorka niewiele wspominała o jej (jego?) wyglądzie zewnętrznym.

Główna fabuła nie była oryginalna. Z motywem zemsty za doznane krzywdy spotykamy się nad wyraz często. Wydaje mi się jednak, że nawet powtarzalna historia ma sens, jeśli jest napisana poprawie, w otoczce, której nigdy wcześniej się nie spotkało. W tym przypadku został spełniony tylko jeden warunek, co sprawia, że dla mnie ta książka nie była wyjątkowa. Niemniej jednak nie żałuję, że ją przeczytałam, gdyż poznałam coś zupełnie  nowego, po raz kolejny udowodniono mi, że po tylu latach tworzenia przeróżnych historii, można wymyślić coś czego wcześniej nie było, co zachwyci czytelnika.

Myślę, że fani gatunku science - fiction odnajdą się w tej powieści. Choć język bardzo przeszkadza w czytaniu, można przymknąć na to oko, jeśli chcemy się zanurzyć w świecie wykreowanym przez Ann Leckie. Przy ocenie muszę także wziąć pod uwagę, iż jest to debiut autorki. Wierzę więc, że autorka poprawi swój warsztat, przez co jej książki będzie czytać się znacznie przyjemniej.

wtorek, 1 września 2015

J. K. Rowling - Harry Potter i Zakon Feniksa

Seria: Harry Potter, tom 5
Tytuł: Harry Potter i Zakon Feniksa
Autor: J. K. Rowling
Przekład:Andrzej Polkowski
Wydawnictwo: Media Rodzina, 2004
Pierwsze Wydanie: 2003
Strony: 959

Harry znów spędza nudne, przykre wakacje w domu Dursleyów. Czeka go piąty rok nauki w Hogwarcie i chciałby jak najszybciej spotkać się ze swoimi najlepszymi przyjaciółmi, Ronem i Hermioną. Ci jednak wyraźnie go zaniedbują. Gdy Harry ma już dość wszystkiego postanawia jakoś zmienić swoją nieznośną sytuację, sprawy przyjmują całkiem nieoczekiwany obrót. Wygląda na to, że nowy rok nauki w Hogwarcie będzie bardzo dramatyczny.

Któż z nas nie zna Harrego? Myślę, że nie ma osoby, która nie słyszałaby o ksiązkach o przygodach młodego czarodzieja.  Nie każdy jednak miał okazję spotkać się z tym chłopcem, polubić go, poznać jego przyjaciół... Ja przez dłuższy czas także nie sięgałam po te powieści. Teraz jednak nadrabiam zaległości i z każdą kolejną historią zakochuję się w tym fantastycznym świecie co raz bardziej. Mimo iż nie sięgnęłam po te książki jako dziecko, nie żałuję tego. Nadrabiam zaległości już jako dorosła kobieta, ale emocje, które we mnie budzą świadczą tylko o tym, że są to powieści dla każdego czytelnika. I młodego i starego.

Harry Potter przeżywa kolejne wakacje. Nie wszystko jest tak, jak być powinno. Chłopiec czuje się samotny, czemu wcale się nie dziwie. Myśli, że jego najlepsi przyjaciele, Ron i Hermiona,  o nim zapomnieli. Wkrótce okaże się, jaka jest prawda. Wszystko sprzysięga się przeciw niemu, a w jego sercu kotłuje się wiele emocji. Uwaga  ukochanego dyrektora także skupia się na innych sprawach. Pozostał mu wuj Syriusz, ale również i on nie może poświęcić się chłopcu tak, jakby chciał. A tymczasem nad Hogwartem wiszą czarne chmury...

Muszę przyznać, że ta część Harrego nie podobała mi się tak bardzo, jak poprzednie. Uważam, że była trochę za długa, zbyt przegadana. Nie oznacza to oczywiście, że nie podobała mi się wcale, a wręcz przeciwnie. Nadal śledziłam z zapartym tchem kolejne strony, w tym względzie nic się nie zmieniło. Autorka, jak zwykle stanęła na wysokości zadania. Nie dość, że stworzyła mnóstwo nowych, wyjątkowych i oryginalnych postaci (np. profesor Umbrige), to sprawiła, że zakochałam się na nowo w tych, które znam z pierwszej części. 

Harry to nadal młody chłopiec, któremu na barki zrzucono zbyt wiele, niż może udźwignąć, co odbija się na jego zachowaniu. Nie jest idealny i właśnie dlatego tak bardzo utożsamiam się z tą postacią. Jest po prostu nastolatkiem, który chce normalnie żyć (o ile życie czarodzieja można nazwać "normalnym"), a tymczasem musi stawiać czoło niebezpieczeństwom z każdej strony. W tej części bliźniaków polubiłam jeszcze bardziej, a nie sądziłam, że jest to możliwe. Kto czytał, ten wie dlaczego.

Wszystkim tym, którzy nie czytali Harrego polecam, aby jak najszybciej zaopatrzyć się w egzemplarz i przeczytać tę serię. A tym, którzy czytali mogę powiedzieć, że zazdroszczę, że macie już za sobą lekturę serii, ale Wy możecie mi zazdrościć odkrywania tych cudownych przygód trójki dzielnych bohaterów, widzieć jak dorastają i przeżywać ich rozterki życiowe. A tymczasem przede mną kolejna część przygód Harrego Pottera.

środa, 26 sierpnia 2015

Mel Odom - Wzbierająca fala

Seria: Groźba z morza, księga I
Tytuł; Wzbierająca Fala
Autor: Mel Odom
Wydawnictwo: ISA, 2003
Pierwsze wydanie: 1999
Przekład: Jerzy Marcinkowski
Gatunek: Fantasy
Strony: 335


Z mrocznych głębin Lśniącego Morza wynurza się prehistoryczna groźba, wywołując wzbierającą falę inwazji, która zmiażdży wybrzeża Faerunu. Przez długie, wypełnione goryczą lata Iakhovas knuł intrygi, chcąc odzyskać moce wydarte mu przez rozgniewaną boginię. Teraz nic nie stoi mu na drodze, a Toril zmieni się na zawsze. Nieświadomy rosnącego zagrożenia ze strony podmorskich cywilizacji, lądowy świat wkrótce ocknie się w obliczu nowej, przerażającej groźby z morza...

Kocham książki ze świata Zapomnianych Krain, o czym przypominam za każdym razem, gdy tylko mam do czynienia z lekturami z tego uniwersum. Gdy czytam te powieści moja wyobraźnia pracuje na najwyższych obrotach a autorzy przenoszą mnie w bajeczny świat wypełniony rasami, o których nawet nam się nie śniło, pełny magii, artefaktów i bohaterów. Z każdym kolejnym zdaniem przed oczami mam co raz więcej barw, a moje serce bije mocniej na myśl o kolejnych przygodach... zazwyczaj. 

Powieść toczy się dwutorowo. Poznajemy losy malenti, odmieńca w świecie sahuaginów, kreatur żyjących pod wodą. Zamiast być podobna do swych pobratymców, jest ona wynaturzeniem. Ciało ma niczym morski elf... jednak nie do końca. Laaqueel, bowiem tak ma ona na imię, czuje wewnętrzny zew. Musi odnaleźć "tego, który pływa z Sekolahem". Gdy w końcu jej się to udaje, w głowie tego mężczyzny głowie rodzi się plan: Pozbyć się mieszkańców powierzchni...  Drugim bohaterem książki jest młody żeglarz, Jherek, który skrywa głęboko tajemnicę dotyczącą swego pochodzenia. Gdyby tylko jego sekret się wydał, czekałaby go niechybna śmieć. Pech jednak go nie opuszcza...

Musze powiedzieć, że wiele jest powieści na rynku, w którym mamy właśnie takie rozwiązanie akcji. Nie jest ono specjalnie oryginalne, mi jednak nie przeszkadza. Rozdziały są krótkie, przez co potrafiłam z zapartym tchem śledzić losy bohaterów, nie zapominając przy okazji połowy z nich. Co do samych postaci... chciałabym napisać, że pokochałam ich od pierwszej strony. Niestety, nie mogę. Laaqueel budziła moją sympatię, mimo iż była kreowana na czarny charakter. Położenie, w którym się znalazła sprawiło, że poczułam do niej współczucie. Jherek niestety to nie mój typ mężczyzny. Młody żeglarz to kolejna, zaraz po Trissie z Przywoływacza Dusz <klik>, męska postać, która nie ma w sobie za dużo z mężczyzny. Nie lubię takich płaczek. Autor chciał stworzyc z niego szarmanckiego romantyka, ale wyszło jak zwykle. 

Akcja we Wzbierającej Fali toczy się bardzo powoli... o ile można rzec, że jest to akcja. Działo się dużo, a jednak mało, czegoś po prostu zabrakło W zasadzie, autor rozpoczął wiele wątków, nie dając nam odpowiedzi na żadne pytanie. Znalazło się także wiele powtórzeń, ale starałam się przymknąć na to oko. Imiona bohaterów dołożyły też swoje. Zwykle nie mam problemu ze skomplikowanymi nazwami, w tej powieści jednak trochę kłuły po oczach. O fabule niestety nie mogę powiedzieć za dużo, gdyż, jak już wspomniałam, nie dostałam żadnych konkretów. Przede mną drugi tom, więc mam nadzieję, że wówczas zdradzę więcej.

Nie mogę powiedzieć, aby powieść Mela Odoma mi się nie podobała. Wręcz przeciwnie. Po pierwsze okładka, uwielbiam takie grafiki. Są o wiele lepsze, niż te zdjęcia, które kukają na mnie niemal z każdej półki. Po drugie ten cudowny świat, o którym rozpisuję się przy każdej możliwej okazji. I po trzecie, po prostu jestem wielką fanką takich historii.Autorowi ponadto wyszło zaciekawienie mnie. Czekam z niecierpliwością, kiedy tylko poznam dalsze losy Jhereka i Laaqueel. Podsumowując, nie jest to na pewno powieść, która spodoba się każdemu, myślę jednak, że warto przymknąć oczy na pewne wady. Ja bawiłam się przy tej książce bardzo dobrze.

Książka przeczytana w ramach wyzwania:

http://esperazna.blogspot.com/2015/02/wyzwanie-czytam-literature-sprzed-xxi.html

sobota, 22 sierpnia 2015

Shirley Jackson - Loteria


Tytuł: Loteria
Autor: Shirley Jackson
Wydawnictwo: Państwowy Instytut Wydawniczy, 1976
Pierwsze wydanie: 1949
Przekład: Mira Michałowska
Gatunek: Literatura współczesna
Strony: 308

Loteria to zbiór opowiadań, mozaika układająca się w całość, a każde opowiadanie jest relacją o punkcie zwrotnym w życiu protagonisty, kiedy niespodziewanie, w olbrzymim skrócie, objawia mu się prawda o nim samym. 

Na zbiór opowiadań pod tytułem Loteria trafiłam za sprawą Dominiki <klik>. Lubię czytać "stare książki", dlatego też, gdy tylko zobaczyłam dostępność w bibliotece, od razu się tam skierowałam. Nie mogłam mieć żadnych oczekiwań po opowiadaniach, dlatego też bez żadnego nastawienia zabrałam się do czytania. Sami dobrze wiecie, że z krótką formą zawsze jest problem. Ciężko jest wczuć się w historię, która jest opisana zaledwie na dwie, trzy strony. Czy w związku z tym Loteria była jednym wielkim rozczarowaniem? O nie, zdecydowanie nie. 

Ciężko jest mi zakwalifikować gatunek tych opowiadań. Często wydarzenia dzieliła bardzo cienka granica między jawą i snem, czasami miałam wrażenie, że historie te są całkowicie oderwane od rzeczywistości, a czasami myślałam, że po prostu bohaterowie są niespełna rozumu. Każda opowiastka opowiada o zupełnie innych osobach i innych wydarzeniach. W niektórych z nich łączyło je jedno ogniwo: postać Jakuba Harrisa. Był on głównym bohaterem tylko jednego z nich, otwierającego zbiór, a w następnych sprytnie wspominany. 

O czym zatem traktują opowiadania? Po prostu o życiu. Nie, mylicie się, jeśli pomyśleliście, iż autorka opisuje ot tak życie bohaterów. Autorka zmyślnie opisała prawdę życiową, mianowicie, jak często nie mamy wpływu na to, co się dzieje wokół nas, jak to inni podejmują decyzje za nas, nie dając nam nawet cienia nadziei na to, iż sami mamy jakiś wybór. Niektóre z historii są brutalne, by zaraz potem przeczytać subtelną opowiastkę poruszającą naszą najgłębszą strunę, by zirytować się, dlaczego ta kobieta, bądź mężczyzna nie potrafi podjąć sami decyzji. Po czym uświadamiamy sobie, ile razy w życiu było tak, że ktoś zdecydował za nas...

Od strony wizualnej książka na pewno nie zachęca, aby po nią sięgać. Niech Was to jednak nie zwiedzie, gdyż treść jest warta tego, aby po nią sięgnąć. Podzielona jest ona na 5 części, a wszystkich opowiadań jest w sumie 26. Napisane są lekkim piórem, przez co czyta się je bardzo szybko. Nie są one na równym poziomie, niektóre czytało się ciężej, inne lepiej, jednak w każdym z nich puenta potrafiła zaskoczyć. Największe wrażenie zrobiło na mnie opowiadanie tytułowe, czyli Loteria, ale nie będę zdradzać jego treści. Chcę tym samym zachęcić Was do zapoznania się z nim i obiecuję, że po jego przeczytaniu opadnie Wam szczęka.

Loteria to kolejna lektura na moim koncie, która nie jest typowo rozrywkowa. Jest ona natomiast ciężka w niektórych momentach, szokująca, a tym samym bardzo prawdziwa. Wszystkie opowiadania robią wrażenie, uświadamiając nam, jak często mamy niewielki wpływ na nasze decyzje. Mimo iż wielu z Was nie przepada za krótkimi formami, zachęcam do zapoznania się z treścią książki, zwłaszcza dlatego, że nie jest ona łatwa.

 Książka przeczytana w ramach wyzwania: 
http://esperazna.blogspot.com/2015/02/wyzwanie-czytam-literature-sprzed-xxi.html

poniedziałek, 17 sierpnia 2015

Aldous Huxley - Nowy wspaniały świat

Tytuł: Nowy wspaniały świat
Autor: Aldous Huxley
Wydawnictwo: MUZA SA, 2014
Pierwsze wydanie: 1932
Przekład:Bogdan Baran
Gatunek: Antyutopia
Strony: 255

W roku 2541 (czyli w 632 roku nowej „ery Forda”) obywatele Republiki świata powstają w rezultacie sztucznego zapłodnienia i klonowania. Od niemowlęcia poddawani są wszechstronnemu psychologicznemu i biologicznemu warunkowaniu - po to, by w wieku dojrzałym stać się cząstkami kastowej społeczności, złożonej z pozbawionych wyższych uczuć ludzkich automatów. Czy ten „wspaniały świat”, w którym dominuje seks, prymitywne rozrywki, narkotyk soma, jest tylko zrodzoną w wyobraźni pisarza fantasmagorią?... 
lubimyczytac.pl

Są takie powieści, które czyta się, mimo iż nie do końca sprawia to przyjemność. Czyta się je, dlatego, że wciągają, że chce się dowiedzieć, co stanie się dalej. Taką właśnie książką jest Nowy wspaniały świat Huxleya. Uważam, że jest to dzieło, którego nie mam prawa recenzować, gdyż treść zawarta między okładkami obroni się sama. Postanowiłam więc jedynie o niej wspomnieć i zachęcić wszystkich do przeczytania tej, jakże, aktualnej powieści. Autor nie oszczędza nas już od samego wstępu, wprowadza w świat, gdzie ludzie się nie rodzą, a "są tworzeni". Słowo "matka" jest niemal bluźniercze, a coś takiego jak rodzina w ogóle nie istnieje. Ludzie podzieleni są na kasty, jedni inteligentniejsi, inni głupsi, co warunkowane jest już w życiu płodowym. Wszechobecna rozwiązłość nikogo nie dziwi, wręcz przeciwnie, jest mile widziana. 

Podczas czytania tej powieści targały mną skrajne emocje. Byłam zachwycona kreacją świata, tym, co człowiek może przelać na papier, ale z drugiej strony jest to równie przerażające. Najbardziej zaskakuje mnie fakt, iż Huxley stworzył Nowy wspaniały świat w 1932 roku, a podczas lektury książki zupełnie się tego nie czuje. Mimo czasu, który upłynął od premiery, przesłanie historii jest aktualne, co zmusza do głębszych refleksji. Czy naprawdę chcemy, aby nasz świat tak wyglądał? Książki tej nie czyta się łatwo i gładko. Przyznam się szczerze, że niektóre fragmenty były dla mnie męką, wprawiały mnie w osłupienie, ale i tak nie odstraszały mnie od dalszej lektury.

Nowy wspinały świat autorstwa Aldousa Huxleya to powieść, która mimo swej ciężkiej formy oraz treści zasługuje na miano klasyki. Mało tego, klasyki, którą na pewno większość z nas powinna przeczytać, po części ku przestrodze, a po części po to, by po prostu zapoznać się z tym dziełem. Tak, jak już wspomniałam, nie jest to lektura lekka, łatwa i przyjemna. Jest ciężka, toporna, ale zarazem bezpośrednia. Sama końcówka wbija w fotel. Po lekturze tej książki musiałam długo dochodzić do siebie.

 Książka przeczytana w ramach wyzwania: 

http://esperazna.blogspot.com/2015/02/wyzwanie-czytam-literature-sprzed-xxi.html

czwartek, 13 sierpnia 2015

Stosik spod znaku fantastyki

Upały skutecznie odbierają mi chęć do pisania jakiejkolwiek recenzji. Na całe szczęście mam ochotę czytać książki, więc gdy tylko się ochłodzi, na pewno coś "wysmaruję". W zamian za to przedstawiam Wam stosik, który "nazbierał" mi się na półkach w ostatnim czasie. Jak widać, prawie wszystkie książki to tym razem fantastyka. Zapraszam do oglądania.

1. R. A. Salvatore, Wygnanie
2. Victoria Gische, Kochanka królewskiego rzeźbiarza
3. Aldous Huxley, Nowy wspaniały świat
4. Anna Kańtoch, Przedksiężycowi tom I
Tymi książkami  już się co prawda chwaliłam, ale tak bardzo się ciesze z ich posiadania, że musiałam je wstawić jeszcze raz ^^
1. R. L. Byers, Upadek
2. Thomas M. Reid, Powstanie
3. Richard Baker, Potępienie
4. Lisa Smedman, Zagłada
5. Philip Athans, Unicestwienie
6. Paul S. Kemp, Zmartwychwstanie 
7. Mel Odom, Wzbierająca Fala
8. Mel Odom, Pod Spadającymi Gwiazdami
9.  Mel Odom, Oko Morskiego Diabła

Nie da się ukryć, że większość z tych powieści  pochodzi z uniwersum Forgotten Realms (Zapomniane Krainy), jednego z tych, które uwielbiam już od dzieciństwa. Kocham ten pełen barw, herosów, bogów i wszelkiej maści ras świat, w którym nie sposób się nudzić. Wszak z każdej strony czekają na nas chętni chwały poszukiwacze przygód, czy mordercze, przepełnione żądzą władzy mroczne istoty. Czytaliście coś z tych cudeniek? :)

niedziela, 9 sierpnia 2015

Nicolas Barreau - Sekretne składniki miłości

Tytuł: Sekretne składniki miłości
Autor: Nicolas Barreau
Wydawnictwo: Bukowy Las, 2012
Pierwsze wydanie: 2010
Gatunek: Romans
Przekład: Anna Wziątek
Strony: 270

Aurelie Bredin odziedziczyła po ojcu restaurację Le Temps des Cerises. Listopadowy poniedziałek nie należał do najbardziej udanych. Smutna i zmęczona wstąpiła przypadkiem do księgarni, a w jej dłonie wpadła powieść, w której główne skrzypce gra... nic innego jak ona sama i jej restauracja. Po lekturze jest zdeterminowana, by poznać autora przezabawnej powieści, okazuje się jednak, że mężczyzna jest o wiele bardziej niedostępny, niż mogłoby się zdawać. Niezrażona, zwraca się do francuskiego wydawnictwa, by pracownicy pomogli jej nawiązać z nim kontakt. Nie wszystko jednak potoczy się po myśli Aurelie...

Jak wielu z Was wie, nie przepadam za  romansidłami.  Większość z nich mnie najzwyczajniej w świecie nudzi, a główni bohaterzy często działają mi na nerwy. Kiedy sięgałam po Sekretne składniki miłości nie miałam żadnych oczekiwań. Byłam zmęczona, więc stwierdziłam, że przyda mi się jakiś odmóżdżacz. Wyobraźcie sobie więc moje zdziwienie, kiedy zamiast zwykłego, pospolitego romansu dostałam powieść bardzo przewidywalną, jednakże niesamowicie wciągającą i lekką.  

Głównymi bohaterami powieści są Aurelie, restauratorka oraz Andre, który pracuje w wydawnictwie odpowiedzialnym za wydanie powieści Sekretne składniki miłości. Są oni ponadto narratorami przeplatających się między sobą rozdziałów. Kobieta przeżywa trudny okres, niedawno zmarł jej ojciec, a jej związek dalece odbiega od idealnego... chociaż poprawniej byłoby rzec, że odbiegał. Andre z kolei wpakował się w niemałą intrygę, z której teraz ciężko mu się wyplątać. Kiedy próbuje rozwiązać całą sprawę, jego problemy tylko się pogłębiają.

Można by się spodziewać, że będzie to powieść, w której tematyka miłości zostanie przedstawiona sztywno i poważnie. Okazuje się jednak, że nie. Romans ten jest napisany bardzo lekkim piórem i prostym językiem, a co za tym idzie, książkę czyta się błyskawicznie. Główni bohaterowie nie użalają się nad sobą... przynajmniej nie w taki sposób, jaki mógłby razić. Sekretne składniki miłości  bowiem okraszone są humorem, ponadto pomysły Andre sprawiały, że nieraz stukałam się w czoło, a jednocześnie uśmiechałam się pod nosem. Aurelie może i była lekko wyniosła i, jak na 32-letnią kobietę troszkę naiwna, jednak i ona zyskała sobie moją sympatię. Była zdeterminowana, by osiągnąć swój cel, marzycielka, oderwana od rzeczywistości, a jednocześnie zaradna. 

Fabuła powieści w moim odczuciu była oryginalna. Nie czytam jednak wielu romansów, więc może się nie znam. Nawet, jeśli domyśliłam się, jak zakończy się książka, nie odebrało mi to przyjemności z lektury. Zatopiłam się na parę godzin i przeżywałam wszystko wzloty i upadki głównych bohaterów, polubiłam ich i żyłam przez ten czas ich życiem, a przecież właśnie o to chodzi. Młody, francuski pisarz na pewno zagości częściej w mojej biblioteczce. Jeśli i Wy poszukujecie czegoś lekkiego i przyjemnego na te upały, sięgnijcie po Sekretne składniki miłości.

niedziela, 2 sierpnia 2015

Jarosław Grzędowicz - Pan Lodowego Ogrodu, tom I

Tytuł: Pan Lodowego Ogrodu, tom I
Autor: Jarosław Grzędowicz
Wydawnictwo: Fabryka Słów 2011
Gatunek: Fantasy, Science Fiction
Strony: 544

Vuko Drakkainen samotnie rusza na ratunek ekspedycji naukowej badającej człekopodobną cywilizację planety Midgaard. Pod żadnym pozorem nie może ingerować w rozwój nieznanej kultury. Trafia na zły czas. Planeta powitała go mgłą i śmiercią. Dalej jest tylko gorzej. Trwa wojna bogów. Giną śmiertelnicy. Być może zmuszony będzie złamać drugą regułę misji.
lubimyczytac.pl

Pan Lodowego Ogrodu, to książka, którą chciałam przeczytać od dawna. Mój apetyt rósł, gdyż zewsząd dochodziły mnie słuchy o tym, jaka ta powieść nie jest rewelacyjna. Kiedy w końcu ją dorwałam, czułam lekką obawę, iż te wszystkie zachwyty są po prostu naciągane. Obawa ta stawała się większa, kiedy zobaczyłam, ile nagród dostała. Nie zrozumcie mnie źle, po prostu dostając do rąk coś takiego, bałam się, że znów wyjdę na marudzącą zołzę, której nic się nie podoba. Okazało się jednak, że należę do tego drugiego grona, grona osób zachwalających ten polski produkt. 

Powieść zaczyna się w dość dziwaczny, jak dla mnie, sposób. Główny bohater zostaje wysłany na obcą planetę w celu odszukania ekspedycji naukowej. Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie to, że poziom rozwoju cywilizacji na Midgaardzie porównać można do naszego średniowiecza, wierzącego w przeróżne zabobony. Okazuje się jednak, że to niekoniecznie jakieś wierzenia. Głównego bohatera wita mgła i przerażające potwory. Mamy więc tutaj przeplatanie się science-fiction z fantasty. Można by się obawiać takiego połączenia, nie zawsze bowiem jest ono udane. Grzędowicz jednak doskonale sobie poradził, sprawiając, że przez większość czasu śledziłam z zapartym tchem przygody Drakkainena. 

Książka ta napisana jest w trzech rodzajach narracji. Pierwsza to historia poznawana oczami Drakkainena, druga, w trzeciej osobie, a o trzeciej za wiele nie napiszę, aby nie psuć Wam zabawy. Zabieg ten wprowadzał trochę za dużo zamieszania i chaosu, po pewnym czasie się jednak przyzwyczaiłam i przestałam zwracać na to szczególną uwagę. Sam Vuko jest postacią nietuzinkową, zapadającą w pamięć i budzącą sympatię. Jest zwykłym człowiekiem, wybranym do niezwykłych czynów. Modyfikacje jego ciała czynią go wyjątkowym, a charakter sprawia, że od razu go pokochałam. 

Akcja powieści to przyspiesza, to zwalnia, fragmenty były czasami tak chaotyczne, że musiałam czytać je drugi raz. Nie zabierało mi to jednak przyjemności z lektury i myślę, że przez to książka nabrała wyjątkowości oraz delikatnego smaczku. Pod koniec wiele z tych znaków zapytania się wyjaśnia. Podsumowując, każdy szanujący się fan fantastyki powinien sięgnąć po książkę Grzędowicza. Zdecydowanie zasługuje ona na te wszystkie nagrody, które dostała. Ja sama z niecierpliwością czekam, aż w moje ręce wpadną kolejne części. Myślę, że będę wówczas niedostępna dla całego świata.

czwartek, 30 lipca 2015

Przegląd czytelniczy

Dzisiejsza "recenzja" będzie obejmować trzy powieści, które przeczytałam o ostatnim czasie.

Tytuł: [requiem]
Autor: Lauren Oliver
Gatunek: Dystopia
Opis: Rewolucja rozlewa się na cały kraj, oddziały rządowe śledzą i brutalnie tępią grupy Odmieńców. Jako członkini ruchu oporu Lena znajduje się w samym centrum konfliktu. Rozdarta między Aleksem i Julianem walczy o swoje życie i prawo do miłości.W tym samym czasie Hana prowadzi bezpieczne, pozbawione miłości życie u boku narzeczonego – nowego burmistrza Portland. Wkrótce drogi dziewczyn znów się zejdą, a ich spotkanie doprowadzi do bolesnej konfrontacji. 
lubimyczytac.pl

Moje wrażenia: Po lekturze książki będącej zwieńczeniem przygód Leny spodziewałam się...w zasadzie niewiele. Nie mogę więc chyba powiedzieć, że jestem rozczarowana, mimo to po skończeniu tej powieści odczułam najzwyklejszy na świecie niesmak. Moim skromnym zdaniem, autorka nie powinna pisać więcej książek. [delirium] było cudowne, nie potrafiłam się od niej oderwać, druga część nie zachwyciła mnie prawie wcale, a trzecia... [reqiem] to po prostu kolejna młodzieżówka, z płaczącą, niezdecydowaną nastolatką, która próbuje odgrywać dorosłą, waleczną osóbkę. Wprowadzenie trójkąta miłosnego to chyba najgorsza rzecz, którą Oliver mogła zrobić. W powieści tej poznajemy także losy Hany , najlepszej przyjaciółki Leny, po zabiegu. Jej historia tylko mnie nudziła. Kolejną rzeczą, którą autorka spaprała było otwarte zakończenie. Myślę, że cała ta powieść pisana była na siłę, bez jakiegokolwiek pomysłu. Tej pani już podziękujemy. 


Tytuł: Igrzyska śmierci
Autor: Suzanne Collins
Gatunek: Dystopia
Opis: Bohaterką, a jednocześnie narratorką książki jest szesnastoletnia Katniss Everdeen, która mieszka z matką i młodszą siostrą w jednym z najbiedniejszych dystryktów nowego państwa. Katniss po śmierci ojca jest głową rodziny – musi troszczyć się, by zapewnić byt młodszej siostrze i chorej matce, a już to zasługuje na miano prawdziwej walki o przetrwanie...
lubimyczytac.pl
Moje wrażenia: Książka nie jest zła, czyta się ją bowiem szybko i lekko. Pomysł autorki jest wart przynajmniej 10 punktów. Nie mogę jednak powiedzieć, by ta powieść była wybitna. Ot, takie czytadełko dla uprzyjemnienia letniego wieczoru. Być może po prostu jestem już zbyt stara na takie "dramatyczne" pomysły, albo po prostu oczekuję po książce czegoś innego, niż nastolatkowie wybijający się w pień ku uciesze gawiedzi. Co mi się nie podobało w powieści? Ano, Katniss, której kompletnie brakowało inteligencji w stosunkach z Peetą.


Tytuł: Czarne wzgórza
Autor: Nora Roberts
Gatunek: Romans, Kryminał
Opis: W malowniczej Dakocie Południowej, pośród gór i dzikich zwierząt, rozgrywa się akcja tej pięknej powieści. Wychowana na farmie Lil poznaje Coopa, nowojorskiego chłopca, będącego na wakacjach. Nigdy nie zapomną pierwszego uczucia, lecz gdy spotkają się po latach, będą już innymi ludźmi. Lil, obrończyni zwierząt, prowadzi rezerwat. Coop, detektyw, wraca na farmę dziadków, by zacząć nowe życie. Oboje nie zamierzają ulegać dawnym sentymentom. Tymczasem w rezerwacie zaczynają dziać się dziwne rzeczy: po serii niewyjaśnionych zabójstw ktoś zaczyna prześladować Lil... 
lubimyczytac.pl

Moje wrażenia: Kolejna powieść z cyklu: ona irytująca, on jeszcze bardziej. Ona go nie chce, ale on chce ją i zrobi wszystko, żeby ją zdobyć, nawet wejdzie z butami w jej życie. A w tle tego wszystkiego wątek kryminalny, który zdecydowanie leży i kwiczy. Główny złoczyńca sztampowy do bólu, główni bohaterowie oklepani, cała sceneria przesycona słodyczą... czyli wszystko to, czego nie lubię najbardziej. Końcówka przewidywalna, ale w taki sposób, który bardzo przeszkadza. Nie znalazłam zbyt wielu plusów w Czarnych Wzgórzach... a właściwie to chyba żadnego.

niedziela, 26 lipca 2015

Powrót...

... czyli o tym co za mną i co przede mną.


Trochę mnie tutaj nie było, ale powód mojej nieobecności był Wam doskonale znany: obrona pracy magisterskiej. Mogę z dumą oświadczyć, że to wszystko w końcu za mną, ale nie obyło się bez zgrzytów. Myślę, że jest to normalne, mimo to cieszę się, że wszystko jest już za mną. Mogę chwalić się tytułem magistra, który być może w dzisiejszych czasach nie robi już takiego wrażenia, jednak daje mi ogromną satysfakcję. Jest też zwieńczeniem ciężkiej pracy, którą włożyłam w naukę w ciągu tych pięciu lat. W czasie tego przedegzaminacyjnego napięcia nie próżnowałam, zdołałam zakończyć serię Delirium, spotkałam się ponownie z twórczością Nory Roberts, a także w końcu poznałam Vuko Drakkainena z serii Grzędowicza Pan Lodowego Ogrodu. O tym wszystkim zamierzam napisać, gdy tylko zbiorę się w sobie.
A co przede mną? Czeka na mnie mnóstwo wspaniałych lektur, na które spoglądam łapczywym wzrokiem, gdy tylko mijam swoje uginające się regały. Ponadto w kolejce stoi powieść wypożyczona z biblioteki i mnóstwo książek pożyczonych od rożnych znajomych. Już wkrótce pojawi się recenzja [requiem], czekajcie więc cierpliwie. A poniżej zdjęcie dwóch serii, na które mam niesamowitą chrapkę, a które, niestety, muszę jeszcze poczekać na swoją kolej. 


niedziela, 17 maja 2015

Garść informacji

Ostatnio rzadko tutaj bywam. Cóż, jest to spowodowane moją sytuacją osobistą, a także zbliżającą się wielkimi krokami obroną pracy magisterskiej (która jeszcze nie jest niestety skończona :P). Żegnam się więc z Wami do lipca, wtedy bowiem będę mogła tu wrócić i znów zająć się blogiem. 
Pozdrawiam Was ciepło! :)

piątek, 1 maja 2015

Marcin Mortka - Karaibska krucjata. Płonący Union Jack.

Seria: Karaibska Krucjata, część I
Tytuł: Karaibska krucjata. Płonący Union Jack.
Autor: Marcin Mortka
Wydawnictwo: Fabryka Słów, 2011
Pierwsze wydanie: 2005
Gatunek: Fantasy
Strony: 424

Kapitanowi Williamowi O'Connorowi, dowódcy fregaty „Magdalena”, niewiele można zarzucić jako człowiekowi czy żeglarzowi. Może jedynie to, że bez przerwy się na wszystkich obraża. I że nie słucha dobrych rad. I że jest zbyt szlachetny, by wziąć się do piractwa i zbyt rozwydrzony, by grzecznie służyć w Royal Navy. I że ciągle nie chce wywalić z załogi tego cholernego kuka Butchera. A nade wszystko — że bez przerwy pakuje siebie, okręt i załogę w tarapaty...
źródło: lubimyczytac.pl

Morskie klimaty to coś, co uwielbiam w powieściach, a kiedy delikatnym morskim falom towarzyszą okręty pod piracką banderą, nie potrafię sobie odmówić przyjemności czytania. Cóż, zawsze ciągnęło mnie na szerokie wody i chociaż w ten sposób mogę wyobrazić sobie, że żyję na statku pełnym marynarzy. W towarzystwie pechowego kapitana i jego dwóch wiernych kamratów, którzy w niebywały sposób zawsze potrafią sprowadzić go na ziemię, spędziłam czas o wiele milej, niż z początku się na to zapowiadało. Nie, nie odpłynęłam po pierwszych zdaniach, ale pan Mortka jak zawsze zadbał o to, bym w końcu zatraciła się w powieści.

Mówiłam już, że Marcin Mortka jest moją ogromną miłością. Cóż, nie w taki sposób, nie myślcie sobie nic głupiego! Po prostu zakochałam się w jego twórczości, gdy tylko sięgnęłam po Morza Wszeteczne, które wyszły spod jego pióra (panie Marcinie, ja ciągle czekam na Wyspy Plugawe!).  Styl i język jakim się posługuje jest naprawdę wyjątkowy. Gdyby ktoś dał mi do przeczytania powieść, nie mówiąc mi, kto jest autorem, jestem pewna, że niemal od razu bym rozpoznała Marcina Mortkę. Bohaterowie, których kreuje niemal od razu zdobywają moje serce, a humor, który wylewa się litrami z zapisanych stron sprawia, że głośno się śmieję. Co jest jeszcze takiego wyjątkowego w Jego twórczości? Ano to, że większość powieści rozgrywa się w morskich klimatach, czyli tam, gdzie lubię najbardziej.

William O'Connor, kapitan okrętu "Magdalena", który za swoją załogę ma bandę zakapiorów, nie należy do osób, które miałyby zbyt dużo szczęścia w życiu. No cóż, uczucia lokował nie tam, gdzie powinien, a jego długi język nieraz sprowadził na marynarzy kłopoty. Butny i przemądrzały, wie wszystko najlepiej i za nic ma dobre rady swych kolegów. Jest jednak dżentelmenem, chociaż on akurat się poci. Polubiłam go od samego początku. Dlaczego? Jest on bowiem bohaterem z krwi i kości, kimś kto nie jest pozbawionym wad ideałem. Jego minusy można by wyliczać w nieskończoność, a mimo to budzi sympatię czytelnika. Oprócz niego mamy tutaj cała plejadę świetnie skonstruowanych bohaterów (a jakże, pan Mortka jeszcze nigdy mnie pod tym względem nie zawiódł). Między innymi przyboczni naszego głównego bohatera oraz narratora całej powieści, Vincent Fowler oraz Edward Love.

Poczucie humoru Marcina Mortki jak zwykle wpasowało się w moje gusta. Utrzymane w ironiczno-sarkastycznym tonie, nieraz absurdalne gagi powodowały szeroki uśmiech na moich ustach. Znalazło się tutaj także wiele odniesień do innych pozycji literackich, bądź filmowych, np:

"- Kim jesteś? - Marynarz pospiesznie sprawdzał poczytalność czarnoskórego wojownika. - Jak masz na imię?
- Rambo! - wymamrotał Murzyn i odruchowo wyciągnął dłoń po muszkiet."

O fabule nie będę dużo rozprawiać. Bynajmniej nie chodzi o to, że była nudna, wręcz przeciwnie. Musiałabym Wam po prostu zdradzić połowę książki, a tego nie chcę. Historia bowiem jest pełna zwrotów akcji, zaskakujących momentów, nieprzewidywalnie pędzi na przód porywając ze sobą czytelnika i nie dając mu chwili wytchnienia. Umiejscowienie akcji w okolicach roku 1700 wyszło na plus, ale ja jestem historyczną ignorantką i nawet to, że autor nagiął pewne fakty wcale mi nie przeszkadzało. Prawdę powiedziawszy, gdyby sam się do tego nie przyznał, sama bym tego nie zauważyła. Co mi się również podobało? To, że nie czytamy tu o superbohaterach, którzy są obdarzeni wyjątkową, nadludzka mocą, tylko o zwykłych ludziach, którzy zjawili się w  nieodpowiednim miejscu w nieodpowiednim czasie i teraz ponoszą tego konsekwencję. Elementów fantastycznych nie było za wiele, nie oznacza to, że nie pojawiło się wcale. Myślę, że takie subtelne napomknięcia były dobrym zabiegiem.

Karaibska Krucjata. Płonący Union Jack., to książka, która dostarczyła mi tego, do czego została napisana - rozrywki i relaksu. Nie jest ona w żaden sposób wymagająca, ale jest to jedynie plusem tej powieści. Czyta się ją niezwykle szybko, a bohaterów można polubić już od pierwszej strony. Cała fabuła jest nieprzewidywalna, a autor szarpie naszą rękę, abyśmy podążali za nim, co jest po prostu mocną jazdą bez trzymanki. Podczas lektury nie można się nudzić.

niedziela, 26 kwietnia 2015

S. C. Stephens - Niepokorna

Tytuł: Niepokorna
Autor: S. C. Stephens
Wydawnictwo: Akurat, 2015
Pierwsze wydanie: 2013
Przekład: Joanna Grabarek
Gatunek: Romans
Strony: 652

Ogromny, całkowicie niespodziewany sukces, jaki odniósł Kellan ze swoim zespołem, wbrew pozorom sprawia nie tylko radość, lecz także problemy. Kiera i Kellan muszą odpowiedzieć sobie na pytanie, czy ich miłość przetrwa trudną próbę, jaką jest życie w blasku fleszy i w centrum zainteresowania fanów, a zwłaszcza fanek. W dążeniu do szczęścia przyjdzie im zmierzyć się z ludzką podłością, chciwością i nieuczciwością. Światem rozrywki rządzi tylko jedno prawo – prawo zysku. Czy oznacza to konieczność rezygnacji z ideałów i szlachetnych celów? Czy dwoje młodych ludzi będzie musiało złożyć łączące ich uczucie na ołtarzu bezwzględnego show-businessu?
opis z okładki

Nie jestem romantyczką. Nie robią na mnie wrażenia łzawe historyjki, okraszone dużą ilością słodyczy. Nie oznacza to też, że unikam romansów, wręcz przeciwnie. Lubię, kiedy historia zawiera wątki miłosne, ale tylko takie, które są poprowadzone dobrze, takie które są dojrzałe. Taką książką, niestety, na pewno nie jest Niepokorna, która mnie całkowicie rozczarowała. Ilość wylewającego się z każdej strony cukru doprowadzała mnie do ataku hiperglikemii i byłam niemalże pewna, że jeszcze jedno słowo "cudowny" i "seksowny", a zwrócę wszystko, co jadłam przez tydzień. Na szczęście obyło się bez wymiotów, a skończyło się na lekkim niesmaku.

Myślę, że historia Kiery i Kellana powinna zakończyć się na Bezmyślnej. Z perspektywy czasu, mimo iż pierwszy tom cyklu nie zrobił na mnie najlepszego wrażenia, dochodzę do wniosku, że był on najciekawszym. Był najbardziej emocjonującym, uczucia tych dwojga atakowały czytelnika, Kellan i Kiera byli pełni pasji. W Niepokornej właściwie nie było zbyt ciekawej historii, nie było emocjonujących momentów, nie działo się prawie nic ciekawego. Problemy, które stworzyła autorka były dla mnie sztuczne i naciągane, a Kiera i Kellan jakby wyjęci z bajek Disneya.

Kellan stał się w końcu gwiazda rocka, cóż, było to do przewidzenia. Każda kobieta nadal pragnęła go mieć, bo jest on w końcu najprzystojniejszym mężczyzną na świecie, a potulna Kiera przestała się o to denerwować. W końcu była dumna z tego, że jej cudowny mężczyzna wzbudza takie zainteresowanie. Tak bardzo, że aż usunęła się w cień i, mimo tego, że była główną bohaterką oraz narratorką powieści, stała się zwykłym tłem dla całej historii. Tak bardzo próbowała udowodnić, że nie jest nikim specjalnym, że w końcu jej się to udało i stała się po prostu nijaka. Równie dobrze cała historia mogła być o Blagierach, gdyż to i tak oni byli ustawieni na świeczniku.

Relacje Kellana i Kiery opierały się głównie na seksie. Nie było tutaj za wiele sytuacji, w których mogli udowodnić swoją miłość,  bowiem fabuła powieści na to nie pozwalała. Głównym wątek opierał się na tym, że seksowna piosenkarka Sienna Sexton stworzyła wokół Kellana i siebie szum. Zrobiła to w najprostszy możliwy sposób - udawała, że seksowny gwiazdor rocka i ona są parą. A Kiera potulnie się na to zgadzała. Fabuła tej książki była po prostu tak infantylna i głupia, że byłam gotowa odłożyć powieść w kąt i nigdy więcej do niej nie wrócić, ale zaparłam się w sobie i brnęłam dalej. Opisy miłosnych igraszek Kiery i Kellana w pewnym momencie zaczęły budzić mój niesmak. Ileż razy można opisywać coś dokładnie tak samo? Najwyraźniej dużo. Zbyt dużo jak na mój gust. Poza tym, główna bohaterka nadal rumieniła się przy każdym słowie na "s", co było po prostu irracjonalne, bo nie miała problemu kochać się ze swoim "mężem" w autokarze pełnym rockmanów. Irytowało mnie ponadto podkreślanie na każdym kroku, że Kiera i Kellan są małżeństwem, jakby to miało największe znaczenie w ich relacji. Co do stylu powieści również mam wiele do zarzucenia. Język był zbyt prosty, jakby książkę pisała bardzo niedoświadczona osoba.

Wbrew pozorom książka ta nie była pozbawiona zalet. Na pewno dużym plusem jest to, że powieść czyta się niezwykle szybko. Jest idealną pozycją po męczącym dniu, kiedy ktoś nie może się skupić na ambitnych powieściach. Ponadto cała plejada pobocznych postaci, o wiele ciekawszych, niż główni bohaterowie, jest sporym smaczkiem. Z wypiekami na policzkach śledziłam losy relacji Anny, siostry Kiery i gitarzysty, Griffina. Podsumowując, nie ma takiej możliwości, bym kiedykolwiek wróciła do tej powieści. Bardziej mnie zmęczyła, niż sprawiła, że czułam się usatysfakcjonowana lekturą. A szkoda, bo książka miała potencjał.

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...